Ze wszystkich kościołów miasta najwięcej upodobał sobie ogromny na rynku kościół gotycki.
Potężna wyobraźnia mistrza rzuciła tam na mury splątane pasma jaskrawych barw; na purpurowych płomieniach kolumn oparła błękitne gwiaździste sklepienie, za czarnym krzyżem z kroplami krwi rozpostarła wśród zieleni chóry aniołów. Przepych barw potrącał w jego duszy tajemnicze struny, ubierał w blaski każde ogniwo jego wspomnień i jej blednące widmo czynił nietylko nad inne kochanem, lecz i nad inne pięknem. Wielka ekstaza owładała tu nim często i słowa gorące, pełne czci nieskończonej, dławiły go wtedy w gardle—ze łzami żalu marnego, że żywej tych słów nie powiedział. Szczypta zdrowego sądu, która za hulacynacyami jego się wlokła, bryzgała mu tym żalem w twarz, jak zniewagą, jak winą hańbiącą, i w uczuciu rodzącej się skruchy wzmagała w nim jeszcze bolesną chęć, aby przykuć się na zawsze do tej tęsknoty. W takich chwilach mógł godziny całe trawić w tym kościele, ciężko oparty o poręcz ławki, z oczami nawpół przymkniętemi, niebaczny już nawet na kaskady świateł, które słońce kolumnom rzucało na czoła. Usta jego były wtedy ciche i do westchnień nawet już niezdolne, lecz z dna jego istoty wyrywało się z uporem szaleństwa jedno imię, jedno błaganie. W chwilach ocknienia czuł wtedy w piersiach taki gniotący ból, jakgdyby gardło był zerwał na krzyk i wołanie. Nie wychodził nieraz z kościoła, dopóki zachrystyan nie trącił go w ramię, przypominając, że zamykać musi. Spostrzegał dopiero, że zeszły mu w myślach godziny dnia, i zimny zmierzch otoczył już pobladłe nawy. Uciekał wtedy czemprędzej z tych ołowianych sklepień, martwych nagłe i ciszą przerażających. Lecz nazajutrz znów jedyną jego chęcią było wrócić do tego kościoła, do tych barw i do tych myśli.
W godzinach południa, gdy gwar pobożnych i odgłosy ich kroków wyrywały go z cichego upojenia, przechadzał się bezmyślnie z nawy do nawy i niedbałym wzrokiem przerzucał po raz tysiączny skarby katedry. Wychudłe ascetyczne twarze drewnianych świętych w gotyckich niszach nad stallami, duże czarne krucyfiksy z krwawiącą raną w boku Zbawiciela, tłuste anioły, uśmiechnięte nad cudacznymi gzemsami późniejszych ołtarzów, obrazy wyblakłe, szare od kurzu i starości wpadały mu w oczy, nie budząc żadnych wrażeń, i na chwilę nawet przykuć nie mogły jego uwagi.
A jednak wśród takiej wędrówki stanął kiedyś natychmiast, jakby w ziemię wrósł, gdy wzrok jego po raz pierwszy przesunął się przelotnie po »Zwiastowaniu«, które zapomniane wisiało w ukryciu wśród tablic nadgrobnych. Na małem spękanem płótnie nieznanego włoskiego mistrza była sama tylko twarz Madonny, promienna i słodka. Zdawało mu się przecież—i nie było to złudzenie, bo im lepiej się wpatrywał, tym więcej ufać musiał swoim oczom—że przez te rysy błogosławione i natchnione dojrzał twarz inną, więcej mu blizką i więcej kochaną.
Więc patrzeć zaczął... Tak spragnionym był jej widoku, tak często w bezsenności nocnej wyczekiwał w naprężeniu wszystkich zmysłów snu dobrego, który mógł mu jej postać przywieść przed oczy i rzucić w objęcia, że teraz, kiedy ją ujrzał tak blizką, tak świętą i tak uśmiechnioną, jakaś rzewność miękka, jakaś tkliwość rozbudzonych wspomnień oblała mu serce, i wargi mimowoli się rozchyliły i na usta wybiegał już okrzyk ten, którymby ją powitał obecną. I skoro opanował pierwsze wzruszenie, z tego chwilowego omdlenia przyniósł ze sobą jedno szczęście wielkie, na całe życie łaskę jedną. Bo oto ona została z nim i będzie mógł tak jak dawniej klęczeć przed nią i mówić jej na głos zaklęcia, prośby pełne i poddania, i będzie mógł, tak jak dawniej, złożyć usta na jej ciepłych, gładkich dłoniach... W kącikach oczu zakręciły mu się drobne łzy lśniące i radość dziwna, nieoczekiwana ścisnęła mu krtań, [jakgdyby] oto miał wybuchnąć szlochaniem. Odstąpił krok jeden od obrazu, i oparłszy się o mur, patrzył, patrzył jeszcze. Zapomniane wrażenia dzieciństwa ocknęły się nagle w tym człowieku bez wiary, wróciła mu nagle pamięć godzin modlitwy i długich tych chwil, kiedy dzieckiem jeszcze klękał i zwierzał się Bogu z pragnień swych i żalów. Wspomnienia te jasne i czyste, jak lilje, plątały się bezładnie z innemi świeższemi stokroć, gdy w niej jednej znajdował spokój swój i szczęście. Powoli zacierały mu się jak we mgle, granice istot i czasów; w oczach przyćmionych łzami postać Madonny olbrzymiała, coraz podobniejszą się stając do straconej, obcej i dalekiej. I zarazem odrywała się myśl jego zupełnie od wszystkiego, co go tu na dole otaczało. Wpatrzony w ubóstwione rysy nie spostrzegał, że kościół napełniał się ludźmi, że księża w ornatach wychodzili z zakrystyi...
Odezwały się organy. Jakby z oddala, z głębokiej otchłani polał się potężny hymn żalu; pieśń rozpaczy i skruchy, zmiłowania i łaski prosząca, wybuchnęła głośnymi akordami i biegła roztrącić się i rozsypać w jęki o gwiaździsty, nieruchomy strop. Jęk za jękiem uderzał o kamianne sklepienia, które zdawały się wtórować im i dźwięczeć. I wtedy jakieś czarodziejstwo naszło na Karskiego; zmąciło mu się wszystko w oczach i w myśli; kolumny kościelne zapaliły się jak pochodnie od płomieni, które je obejmowały, sklepienie się rozwarło, dając jasnym błękitom dostęp, i ona, kochana, święta zdawała się zrywać z tego płótna, schodzić ku ziemi i wyciągnąwszy ku niemu ręce mówić to jedno tylko: Oto jestem. Wtedy radość przesilna złamała go i rzuciła na kolana; gwałtowne łkanie rozdarło mu pierś, a zaciśnięte usta powtarzać zaczęły bezwiednym, bardzo cichym szeptem: Droga, droga, droga...
..............................................
..............................................
Kiedy Karski znalazł się potem na ulicy, czuł w sobie wielkie zmęczenie ciała, ale w myślach miał teraz spokojność łagodną i cichą, jakgdyby odblask tej wielkiej radości, którąby odzyskanie jej mu dało. Rozumiał dokładnie, że to było chwilowe oczarowanie, które prysnęło jak tęcza, że miał widzenie bardzo niejasne i nie wiedział właściwie, przed kim czy przed czem modlił się i klęczał. Rozumiał też, że ten zachwyt nie powtórzy się więcej, że nie uda mu się zapomnieć życia tak doszczętnie i doczekać po raz drugi jej zwiastowania. Lecz po tem spazmatycznem prawie wrażeniu ukojenie słodkie otuliło jego myśli, jakgdyby na skronie spadła mu jeszcze jedna jej pieszczota długa, na życie całe zostająca. Chwilami zdawało mu się bardzo wyraźnie, że jakaś drobna cząstka jej, jakiś cień jej drżący jest tuż za nim obecny po to, aby nie opuścić go więcej i nie rozstać się z nim nigdy. W ekstatycznem podnieceniu wyobraźni tęsknota jego zbladła i odstępowała go zwolna; i ten ciężki przygnębiający smutek, gdy czuł tylko to, że jej nie ma, osuwał mu się z piersi.
Dnia tego błądził długo po mieście, z ulicy na ulicę, niezmęczony, jakby ciekawy każdego zakątka. Powietrze, już blizkością wiosny wonne, swobodniej przenikało mu do piersi: po raz pierwszy od dni tylu zmysłowa rozkosz życia, rozkosz wiatru i światła budziła się w nim z uśpienia. Widoki, wpadające mu w oczy, chwytał skwapliwie i czuł nieraz, że myśl jego, dotąd beznadziejnie zapatrzona w jedno wspomnienie, drgnęła raz i drugi, i uniosła się nieco, i spostrzegła skrawek błękitu nad domami i piosnkę usłyszała, którą nucił ktoś wysoko na poddaszu. Uczuwał w sobie, jakby nowy przypływ i pełnię sił, chęci przebłyskujące i jeszcze ukryte, pożądania nowe i możność nowych radości. Mimowoli dzwoniły mu oderwane nuty melodyj, śpiewanych gdzieś dawno, i niespodziewanie stanęła mu nawet w pamięci strofa ostatnia ostatniego wiersza, który pisał przy niej.
.....I duch mój wziąwszy skrzydła purpurowe
Już się do lotu zrywa, tam gdzie nowe
Światło.....