I nagle podrażniony w nieświadomej jakiejś próżności, nie zastanawiając się, co czyni, w myślach dobierać zaczął po cichu innych słów, dźwięczniejszych, głębszych, żywszych, któremi powiedzieć by można wszystko, co się w duszy dzieje... W miarę jak te słowa bezgłośne układały się w rytmy i jednoczyły w obrazy, rosła w nim chęć, aby je wymówić i obrazy te zatrzymać. O niej przecież mówić miał i o tem co przeżyli razem; zadowolenie artysty łączyło się zdradziecko z rozkoszą głośnego wyznania... Zasłuchany teraz w muzykę własnych myśli, które brzmiały mu jeszcze echem niezapomnianej kościelnej melodyi, Karski zdążał ku odludnym stronom miasta, gdzie gwar nie przeszkadzał jego twórczej pracy. Wydostał się na daleką, zrzadka zabudowaną aleję i tam na pierwszej napotkanej ławce siadł...
Zmierzch zapadał i w suchem powietrzu zachód płonął jeszcze ognistą czerwienią; lecz ku zenitom nieba nad głowami czerwień jaśniała, żółkła aż nieuchwytnym szeregiem odcieni rozpływała się w głębokiem zielono-błękitnem sklepieniu, gdzie kilka gwiazd lśniło, jakby srebrne szpilki. Karski parę chwil przyglądał się blaskom gasnącym na zachodzie: majestatyczny widok światła i barw rozbudził w nim znów żywiej wrażenia, które rankiem po nim przebiegły. I wtedy na starym świstku gazety ołówkiem zaczął pisać wiersze niedbałe, jakby spowiedź rzuconą w świat, niewiadomo przed kim i dla kogo.
Kiedyś przybiegła ty do mnie i białą
Dłoń mi na usta położyła drżące
I pokraśniała milcząc, mnie się zdało,
Że nagle kwiatów zakwitło tysiące,
Że ciebie nagle otoczyły całą
Mgły przeźroczyste i złotem świecące,
I w złotych blaskach tak byłaś mi piękną,
Że czułem, jak mi słowa w ustach miękną,
I że się oto modlić będę... tobie.
I jużem ukląkł...
Karski wstrzymał się na chwilę i w zmroku pospiesznie przeczytał to, co był napisał. Nagle zdało mu się, że ciemny pąsowy rumieniec wystąpił mu na twarz. Więc doprawdy stała mu się już tak obojętną i obcą, że wiersze teraz o niej pisać mógł spokojnie, gdy przedtem każde jej wspomnienie wstrząsało go do głębi? Więc ze śmiesznym pośpiechem poety korzystać chciał z okazyi, aby w szeregu pustych, bezsilnych słów roztopić pamięć tej chwili jedynej nadziemskiego widzenia i radości? Więc spieszył się przystroić ją w fałszywe blaski fantazyi i uczynić przedmiotem swoim i natchnieniem, aby tem łatwiej wydrzeć ją ze swego życia, i o żywej i kochanej zapomnieć?... Ogarnęło go gorzkie uczucie pogardy dla tej małoduszności poety, który skarżyć się chce z gadatliwością dziecka i jak dziecko pociesza się swym płaczem. Zdjął go żal wielki za tą szczerą i potężną miłością, którą połamać miał na drzazgi i w pieśniach rozproszyć, i żal jeszcze większy za tą tęsknotą, że przestała go dławić tak, jak dawniej. Jakby przytłoczony świadomością winy, pochylił się w ławce i bezwładnie ręce opuścił; ołówek wysunął mu się z palców i upadł na ziemię.
Z mrokiem nocy, co od krańca w kraniec nad miastem się roztoczyła i błysnęła tysiącem gwiazd zimnych, spadał mu na duszę smutek coraz cięższy, jakgdyby po raz drugi ją stracił gorzej jeszcze i nieodwołalniej...
TRZY DUSZE
dramat w jednym akcie.