KARSKI [ciszej]. Ach, ten pierwszy.—Ty nic nie pamiętasz... Nie znałem cię jeszcze wtedy. Przyszłaś sama z jakąś ciotką, jakgdybyś panną była. Miałaś na sobie taką bladą, bladoróżową suknię jak najranniejszy świt i fiołki we włosach. I tyle woni fiołków w koło ciebie. Ach, ty kwiecie! [obejmuje ją wpół i przytula do siebie].

ZOFIA [bezdźwięcznie]. To było tak dawno, tak dawno.

KARSKI [odsuwa ją od siebie, porywczo]. Żal ci tego?

ZOFIA [pieszczotliwie]. Mnie żal, mnie? Czem ja byłam? Ot dzieckiem, które chodziło z balu na bal, śmiało się, tańcowało, i prawie nie wiedziało, że jest nikomu niepotrzebne, że nic nie kocha. Wiesz ja dawniej naprawdę myślałam, że ja jego... Dopieroś ty przyszedł. Jakiś ty był smutny; ciebie jednego mi tak żal było. [chwyta go za rękę].

KARSKI [jakgdyby nie do Zofii mówiąc]. Byłem smutny? Nie, to nie jest smutek, co się w duszach naszych lęgnie. To coś gorszego, coś czarniejszego. Takie znużenie straszne, które wygryza wreszcie i ból, i tęsknotę i pożądanie, i nie pozostawia nic, na czem oprzeć by się można. I ta pogarda, ta żrąca, uśmiechnięta pogarda dla ludzi, dla siebie, dla każdej myśli mojej, dla każdego tchnienia mego. Takie obrzydzenie do siebie, do ciała i duszy, że błogosławiłbym stopę, któraby mię rozdeptać chciała... I te nagłe martwe cisze, gdzie wszystko zapada, gubi się, ginie, jakgdyby fale śmierci zalały nas powyżej głowy. [pod koniec mowa staje się coraz prędszą]. Nie wiem co czuję, każda myśl moja, każde drgnienie jakimś wiatrem zagnane przychodzi, ucieka jedno za drugiem w pędzie, splątane jak dym. I znów pustka, pogodna bezsłoneczna pustka, która milczeniem swojem zdaje się pytać: po co, po co żyjesz? Po co żyjesz?

ZOFIA [przysuwa się ku niemu sama, tkliwie]. Jakie to straszne! Ale to było dawniej, dawniej, prawda, dawniej? Ty tego nie czujesz teraz, nigdy? nigdy?

KARSKI [po chwili ciszy]. Nigdy.

ZOFIA [coraz tkliwiej]. Prawda? ty żyjesz dla mnie, dla swojej Zosi, musisz żyć dla mnie. Twoja Zosia jest sierota, samiuteńka jedna, nikogo nie ma na świecie, umarłaby z głodu bez ciebie.

KARSKI [ironicznie, zrywa się z kanapy i zaczyna chodzić po pokoju] I ze mną ci niewiele do tego brakuje. Żyję dla ciebie, a ty w takiej nędzy.

ZOFIA. A wiesz co, że ty śmieszny jesteś. No i czego mi potrzeba. Gdybym nie wiem wiele miała pieniędzy, nie wiedziałabym, co z niemi tu począć. W Warszawie co innego, ale tu... A zresztą to zabawne tak liczyć te susy. Nigdy nie umiałam tego dawniej, a już się wyuczyłam. Widzisz, jaka Zońka twoja pojętna. I jeszcze bym ci coś powiedziała, ale ty się będziesz śmiał ze mnie.