KARSKI [stając przed nią, miękkim, kochającym głosem]. Z ciebie, duszo moja, z ciebie?

ZOFIA [nieśmiało]. Widzisz—mnie się czasem zdaje, że to dobrze, że my jesteśmy w biedzie. Już za nic bym nie chciała, abyś ty był bogatszy od Andrzeja. Nie, nie. Ja mogę być wesoła, lekkomyślna i bardzo niemoralna, ale ja wiem, wiem bardzo dobrze, że to jest źle, źle to wszystko, co ja z tobą zrobiłam. Nie śmiej się z tego, bo to jest wielki grzech. Mówił mi to jeszcze ksiądz na spowiedzi, nimem ciebie znała. Może ta bieda nasza będzie mi za pokutę policzona. [Z pewnym przymusem]. No, nie śmiej się.

KARSKI [chodząc po pokoju]. Jaki ja jestem podły, podły! Ja wiem, tyś wszystko poświęciła dla mnie: religię twoją, opinię, przyszłość, bogactwa; narażasz się na zniewagi, na głód—dla mnie, wszystko dla mnie; a ja co, co ja ci dałem? [szyderczo] Ja mam przygodę miłosną. Nic dla ciebie zrobić nie mogę, nawet zapracować nie mogę tyle, żebyś ty biedy nie cierpiała, [jakgdyby z trudem mówiąc]. Wiesz, obcięli mi połowę godzin w redakcyi. Ośmdziesiąt franków na nas oboje! A przyjąłem to zupełnie spokojnie, apatycznie, tak, jak gdybym ciebie nie znał, jak gdybyś nie ty na tem cierpiała. Czyż ja ciebie nie kocham?

ZOFIA [powtarza bezdźwięcznie]. Ośmdziesiąt franków. Połowa tego, cośmy dotąd mieli...

KARSKI [staje znów, mówi namiętnie]. Słuchaj! Uczucie moje dla ciebie to ostatnia moja świętość: gardziłem wszystkiem, oplułem w sobie wszystko, prócz tej jednej, jedynej miłości. Ty musisz być dla mnie wszystkiem, ty jesteś moją wiarą, siłą, moją duszą. Jeśli mi się jednę chwilę zdaje, że ja ciebie nie kocham—tak jak tam w redakcyi—zdaje mi się, że oszaleję. Nie, nie oszaleję. [z rozpaczą]. Ale jeśli ja ciebie nawet nie kocham, to chyba już dziś jestem trupem.

ZOFIA [wstaje i bierze jego głowę w ręce i przytula do siebie; łagodnym, kojącym głosem]. Ty moje szalone, biedne dziecko! Ty mnie nie kochasz, ty? Czy ja tego nie widzę, czy jabym mogła choć jedną chwilę o tem wątpić? ty mnie nie kochasz, tyś mi nic nie poświęcił? Tyś chciał poświęcić wszystko, siebie całego. [z pewną grozą w głosie]. Och! ja pamiętam to dobrze!

KARSKI [zdziwiony]. Co ty pamiętasz Zosiu?

ZOFIA. To, coś mi mówił wtedy, dawno jeszcze. Ah! to nie był żart. Tyś tak okropnie patrzył wtedy.

KARSKI [z rosnącem zdziwieniem]. Kiedy? co?

ZOFIA. Wtedy, pierwszym razem... u ciebie... na Żórawiej. O nie, nie [chciałam] przyjść. Jeszcze nic nie było między nami, jeszcze mogło być wszystko inaczej. I nie byłabym przyszła. Tak się długo modliłam do Matki Boskiej, i tyle sił miałam i tak się chciałam poświęcić, i tak cię kochałam! Chciałam się na zawsze zakopać na wsi—u nas w Golewicach, ukryć i zdusić tę miłość, która mię dławiła. [smętnie]. Byłbyś szczęśliwszy może.