KARSKI [silnie]. Bez ciebie? nie mów tak nigdy.

ZOFIA [mówi z trudem, pokonywując uczucie zawstydzenia i winy]. Przyszłam wtedy do ciebie, żeby cię pożegnać, powiedzieć ci to wszystko, powiedzieć ci, że musimy się rozstać, że będziesz zawsze wybranym mojej duszy, ale że ja twoją być nie mogę, że ja twoją być nie chcę—Boże, Boże.... Myślałam, że się będziesz gniewał, przekonywał. A ty nic, tylkoś mi powiedział to jedno, ale takim głosem strasznym, że mię dreszcz zdjął, jakgdybym już grób przed sobą zobaczyła. Klęczałeś przedemną i oczy twoje, twoje śliczne oczy, patrzyły gdzieś w dal nieprzytomne i powtarzałeś, jakby już nie myśląc nawet: Zosiu, Zosiu, rozstanie z tobą mnie zabije. [z wybuchem, chwytając go za ręce i cisnąc ku sobie]. Janku mój, ty nie pogardzaj mną, ale ja nie mogłam inaczej, ja nie mogłam cię zabić. Przysięgnij! ty nigdy nie będziesz mną pogardzał? Nigdy? Widzisz—ja nie wiem, za co ty mnie tak kochasz, mnie cudzą, wiarołomną żonę.

KARSKI [bezdźwięcznie, jakgdyby powtarzając dawniej powiedziane słowa]. Rozstanie z tobą mnie zabije; tak powiedziałem ci to—rozstanie mnie zabije.

ZOFIA [trwożnie]. Jak ty dziwnie patrzysz! Nie rozstaniemy się przecież nigdy, nie opuszczę cię nigdy. Słyszysz? Nie wierzysz mi?

KARSKI [chłodno, z zamyśleniem]. Nie, nie... Ale dziękuję ci, żeś mi to przypomniała teraz. Jak błądzącego w górach otoczyły mię mgły, i zdawało mi się, że na okół równina, zewsząd gładka i czysta. Rozdarłaś mi mgły, i widzę, że tam jest otchłań, tam musi być... [pewnym głosem] i będzie.

ZOFIA [trwożniej]. Na Boga—co ci jest dzisiaj? Janek, tyś nie zdrów: położysz się zaraz, dobrze? [podchodzi do łóżek, chcąc zdjąć i przygotować pościel].

KARSKI [powstrzymując Zofię]. Nie jestem chory, nawet nie jestem zdenerwowany. Nic mi nie jest. Ale ja siebie nie znam, ja siebie się lękam. Ja byłem takiem dziwnem dzieckiem. Dorastającym chłopcem krajałem sobie ramię nożem, aby jakiś jęk z siebie wydobyć, jakimś bólem powiedzieć sobie, że żyję.—I dziś niewiem nawet, czy mię te rany bolały. Czytałem kiedyś Irydjona: nie wzruszył mię szatan Massynissa, nie wzruszył mię bohater, ani Grecya, tylko ten smutny, znudzony Cezar. Czternastoletni sztubak płakał nad Heljogabalem! Czasem mi się zdaje, że jak u niego, każde czucie moje jest fałszem, każda żądza moja jest starczą, bezsilną, zapóźną ciekawością, bańką błota co nie błyśnie nawet i pęka. Ja nie pamiętam dziś, jakem ja zaczął cię kochać. [ironicznie]. Możem był ciekawy twej miłości? [z pogardą]. Tylko trochę drogo cię ta ciekawość moja kosztuje.

ZOFIA [głosem, w którym przebija już zdenerwowanie i cierpienie]. Powiedz, powiedz, poco ty dręczysz mnie i siebie? Doprawdy ty mnie chyba mało znasz. Że jestem wesoła i nieraz rozbawiona, to nie wyobrażaj sobie jeszcze, że jestem naiwnem dziewczątkiem, które panu podobało się zabrać z sobą. Wiem, co zrobiłam—i to chciałam zrobić. Czy ty nie rozumiesz, że obrażasz mnie, gdy mi wspominasz dawny dobrobyt, i sądzisz, że mogę za tem tęsknić? Nie mów mi o tem nigdy, pamiętaj, bo mnie to boli. [przekonywująco i weselej]. Ty się dręczysz, że będziemy teraz mieli mniejsze dochody, a już przedtem nie zawsze wystarczało. Ale i to przejdzie. Ty znajdziesz jeszcze inne zajęcie—za miesiąc, dwa—to się już zupełnie wyuczysz po francuzku. Zobaczysz, jeszcze będziesz zamiast Lemaitre'a feljetony do Debatów pisywał. A i pani twoja weźmie się do roboty. Ty nie wiesz, jak ja kapelusze ubieram; doprawdy, nie [widziałam] ładniejszych na bulwarach. [coraz weselej, ze śmiechem]. Założę jeszcze wielki magazyn mód; będzie taki wielki szyld: „Madame Sophie, Maison des confections” na Rivoli, albo na rue de la Paix, obok Wortha dla konkurencyi. Wszystkie elegantki się do nas przeniosą. [z głośnym śmiechem]. Pokażę ci księżnę Chimay z jej cyganem, chcesz?

KARSKI [nieprzezwyciężony wesołością, poważnym głosem]. Ty się modlisz, Zosiu?

ZOFIA [zdziwiona]. Ty wiesz przecie...