ZOFIA [z wybuchem śmiechu]. Najgorzej w świecie! No już teraz nic, nic nie słucham. Ot do czego to prowadzi! Zapomnieliśmy na śmierć o obiedzie. A jestem taka głodna. A jak Zońka jest głodna to jest taka zła, zła...

KARSKI. Dziecko, dziecko moje.

ZOFIA [podbiega do szafy, otwiera ją i przegląda półki]. Ale nic nie ma w domu. Tylko kawałek masła od wczoraj został. Trzeba jeszcze zejść do miasta. [wracając znów do Karskiego, który stoi przy stole]. Czekaj, pomyślimy co będzie na obiad. Najpierw... najpierw sardynki—ty lubisz sardynki—prawda? Potem kupimy dwa duże befsztyki, takie po sześć susów, a na deser... [wesoło] no zgadnij, co ci kupię na deser, zgadnij!

KARSKI [pieszczotliwie, wesoło]. Nie wiem, ty szalona główko.

ZOFIA. Bo nie zgadniesz. Róże, róże. Widziałam wczoraj takie śliczne róże, białe, ledwie

ledwie różowe. I tak tanio, duży bukiet za cztery susy. W Warszawie toby ze trzy ruble kosztowało. [z pewnem wahaniem]. A może to źle, że ja chcę róże kupić?...

KARSKI [wesoło]. Dlaczego znów źle?

ZOFIA [poważniej nieco]. Najpierw, to jest zbytek, a my teraz musimy oszczędzać bardzo. A powtóre to jest deser dla mnie, bo ty kwiaty nie zbyt lubisz, i może będziesz głodny.

KARSKI [z rozrzewnieniem]. Nie, nie, nie chce mi się jeść; nie będę głodny.

ZOFIA [całuje go, uradowana]. Ach! jakiś ty dobry! Widzisz mnie się tak strasznie chciało mieć te kwiaty... Przepadam za różami, już wczoraj chciałam zaraz je kupić, ale nie miałam ani susa. W Warszawie w każdym pokoju były u mnie kwiaty. A teraz daj mi pieniądze, polecę prędziutko [liczy prędko]. Sześćdziesiąt, siedemdziesiąt, dwadzieścia... Daj mi półtora franka [odwracając się od Karskiego podchodzi do wieszadła z ubraniami, wkłada zarzutkę i lekki słomkowym kapelusz. Chwila ciszy]. Janek, ja już idę...