ZOFIA [pieszczotliwie]. A któż to ją ma?
KARSKI. Nie, nie tak, nie tak. Ja mam być poetą, artystą, ale ja nic nie stworzę, ja nic nie kocham. Ja się niczego, niczego nie lękam, ale i nic nie kocham. Słucham, śledzę twe czucia, ja wiem, że tam nic nie ma, ale wierzyć w Boga jest pięknie, bardzo pięknie. [z smutną ironią]. Co jest pięknego we mnie?
ZOFIA. Ty nic nie stworzysz? A kto napisał: »Widziałem krew na duszy mojej«? Kto napisał: »Złote gromy«?
KARSKI [smutniej]. Dzisiaj już nic nie ma we mnie.
ZOFIA. Bo się męczysz, bo się trujesz głupstwami, o których mówić nie warto nawet. [z dziecinnym zapałem]. Słuchaj, ty musisz być wielki! zrobisz to dla mnie, prawda? [jakby chwytając z radością myśl, która się jej nawinęła]. Jak to dobrze, że masz teraz mniej roboty w redakcyi! No bo wprost nie miałeś czasu, ale teraz codzień popołudniu zasiądziesz do pisania. [żartobliwie]. Tak, mój drogi, skończyło się próżniactwo! Już Zośka cię dopilnuje. Dokończy pan tę komedyę którąś mi czytał kiedyś—pamiętasz u mnie jeszcze. To takie śliczne było. Poślemy to do Warszawy. [opamiętuje się]. Nie do Warszawy, nie—gdzieindziej, do Krakowa lub Lwowa. A później pojedziemy na przedstawienie. [smutnie]. Tak dawno już nie słyszałam, jak dokoła mówią po polsku... [znów żywiej]. Ty pójdziesz sobie do loży, a ja schowam się gdzieś cichutko, skromniutko, na galeryi, w takim kąciku, aby mię nikt nie widział. Potem oklaski, krzyczą: autor, autor! Ty się kłaniasz. [dziecinnie, klaszcze w dłonie]. Ja się chyba spalę z radości, że to ty, ty mnie kochasz. A może ty wtedy przestaniesz twoją Zońkę kochać?
KARSKI [słucha, nieco zamyślony, zdjęty rozkoszą]. Mów, mów dalej... Jaki ty masz głos!
ZOFIA [bardzo wesoło]. No widzisz, znów to samo, a ja tego tak nie lubię. Napewno nawet nie wiesz co ja mówiłam. Tak mnie słuchasz? Myślisz, że to przyjemnie... Ty mnie chyba masz za bardzo głupią. Może masz racyę nawet. Ja jestem taka roztrzepana.
KARSKI [powoli]. Chciałbym nic w życiu nie słyszeć oprócz głosu twego. Tak, głos twój pokochałem najpierw.