ZOFIA [zmęczona]. Wierzę, jak duszy swojej, wierzę.

KARSKI [z silnym wybuchem]. Bogdajbym zginął, gdybyś ty się zawieść miała.

ZOFIA [ze zmęczeniem, ogarniającem ją nad siły]. Ja tego nie chcę, tak być nie może. Te ciągłe wyrzuty cię zamęczą. No i o co, o co? Jedno jedyne miałam pragnienie, abyś ty, mój najdroższy był szczęśliwy. I patrz co się z tem dzieje! Przecież ja widzę, że ty nie jesteś szczęśliwy. Czemu—czemu? Chciałeś mię mieć—jestem twoją, na zawsze twoją. Chciałeś mię mieć tylko dla siebie, zdala od wszystkich, od niego—przyjechaliśmy tutaj. Cóż ja jeszcze zrobić mam dla ciebie? Bo widzisz, gdybyś ty nigdy nie był szczęśliwy ze mną, to byłaby dla mnie taka kara, taka kara. [ze łzami]. Oh, nie...

KARSKI [spokojniej znacznie]. Ale ja jestem szczęśliwy,—jeśli ty mi wierzysz. Nie uwierzyłbym Bogu, gdyby mi stanął tu w płomiennym krzaku, ale tobie wierzę.

ZOFIA. Ach, nie mów tego. Tak chciałabym, abyś ty choć trochę wierzył. Ale to niemożliwe.

KARSKI [pół-prosząco, pół-żartobliwie] Nawróć mnie.

ZOFIA [przejmując się słowami swemi, miękko]. Ach, gdybyś ty naprawdę chciał. To tak dobrze zapomnieć wszystkich zgryzot, bólów, tęsknot; taki spokój, taka jasność nachodzi wtedy na mnie. I to, że całą wieczność będzie się miało przy sobie tych, których się kocha. Wiesz, wtedy co to nas już mieli wyrzucać z mieszkania, bo nie było pieniędzy na komorne,—tyś wybiegł, jak szalony, poszukać gdzie u kogo chociaż kilku franków; zostawiłeś mnie samą. Mnie tak było straszno, ciągle mi się zdawało, że ktoś przyjdzie i zacznie mnie stąd wypędzać. Jeszcze byłam taka naiwna i nic nie wiedziałam, że tak prędko wyszły nasze pieniądze... Lękałam się zostać w domu i wyszłam na ulicę. Poszłam przez Boul'Mich. Długo, długo stałam na moście: szara, mętna woda płynęła bez końca i jakgdyby podnosiła się i podchodziła ku mnie. I pomyślałam sobie, że sama nie potrafię tu przyjść więcej; ale z tobą—jeśli ty nic nie znajdziesz—dobrze. Ty nawet nie wiedziałeś, jak mi wtedy było straszno i ciemno dokoła! Wracając przechodziłam koło Notre Dame; drzwi były otwarte, grały organy, poszłam. Było tak pełno, a nad nami leciały tony głębokie, wielkie, jakby wicher z organów zrywał się i rozpędzał nam dusze, gdzieś daleko, po nieskończonościach, już u samych stóp Boga. Nie, ja się nie modliłam, ale byłam tak wysoko, tak daleko i od Sekwany, i od tego pokoju na Glacierze...

KARSKI [zazdrośnie]. I odemnie?

ZOFIA [jakby w zachwyceniu]. Tak,—i od ciebie. Ty się gniewasz o to? Ale jak wróciłam, to byłam taka silna, taka pewna, taka spokojna. Gdybyśmy na ulicy nocować mieli, to wiedziałam, że się nam nic nie stanie i że ja nic złego do ciebie i do mnie nie dopuszczę.

KARSKI [po krótkiej ciszy]. Daj mi swą duszę.