...Drzwi się uchylają zlekka i w drzwiach półotwartych ukazuje się Karski; nieruchomo przygląda się Zofii i Andrzejowi, którzy go nie dostrzegają. Na twarzy Karskiego zupełna nieruchomość zwolna ustępuje wyrazowi bólu, wargi się ściskają, zmarszczki nadbiegają nad oczy. W ręku Karski trzyma małą paczkę i białą różę.

ANDRZEJ [silniej, nieco pogardliwie i wyniośle]. Ja nie kłamię. Tyle wiesz o mnie, żem nie kłamał nigdy. Na grób ojca ci przysięgam, że on cię nie kocha. Ja znam te dusze, bezsilne, rozbite, które nic nie stworzą i nic nie oszczędzą. On się nawet poświęcić nie umiał, on cię zabrał na nędzę, srom i hańbę—i on ciebie kocha!

ZOFIA [wybuchowo, rozpaczliwie]. Tak, on mnie kocha nad życie. Ty jego nie potępiaj, ja sama wszystkiego chciałam. On temu nie jest winien.

ANDRZEJ [prosząco, szczerze]. Zosiu, zlituj się nad sobą. Ufaj mi. Gdybym wiedział, że znajdziesz tu szczęście, któregoś zemną nie miała, że on ciebie jest godzien, dałbym ci swobodę, niezależność, nie widziałabyś mnie więcej, nie stanąłbym już nigdy na twej drodze. Nie zasłużyłem u ciebie twej miłości, nie dałem ci szczęścia, mniejsza więc o mnie. Przysięgałem ci jednak wiarę, że cię nie opuszczę; jesteś moją żoną, ja nie mogę pozwolić, abyś ty się zgubiła—a tu czeka cię tylko zguba. Możesz nie żyć ze mną, możesz nie znać mnie, ale ztąd uciekaj!

ZOFIA [ze łzami w głosie wciąż rosnącym]. Ty mnie zabijasz twą dobrocią. Ty jesteś święty—a ja taka podła byłam z tobą. [prawie owładnięta już płaczem]. Ale ty mi wierzysz, że ja ciebie kochałam, ja może i dziś ciebie jeszcze kocham...

ANDRZEJ. Zosiu, więc ty wrócisz do mnie, wrócisz?

ZOFIA [spokojniej, z wielkim wysiłkiem]. Nigdy, nigdy. Ty się nie łudź, Andrzeju... Ja się będę u nóg twoich tarzać, ja mogę głowę położyć pod twą stopę, abyś mię zadeptał, jak ladacznicę, ale ja nie wrócę, nie! Słuchaj, gdybym go nawet kochać przestała, gdyby on nie żył, nie wrócę do ciebie, nie wrócę...

ANDRZEJ. Tak bardzo go kochasz?

ZOFIA [nie mogąc przenieść wzruszenia]. Tak, tak kocham jego, jego—i już nie tylko jego!! [spazmatyczny płacz. Odwraca się od Andrzeja, pada na kanapę, kryjąc twarz w ręce].