Wyprowadzałem psy, dojeżdżałem do drukarni na nocki, robiłem w ochronie za trzy pięćdziesiąt i podcierałem zady wrednym staruszkom. Ani na moment nie zwątpiłem w siebie. Byłem pokorny i czujny. Czekałem na wielką szansę.

Szansa miała wąsy jak kutas z pornola, białe skarpetki i mokasyny z krokodylej skóry. Facet nazywał się Kamil, lecz w swoim środowisku był znany jako Sikora. Ten sympatyczny ptaszek słynie z tego, że wypija więcej, niż waży.

Podobno karierę przedsiębiorcy zaczynał, stojąc pod Pewexem, przegryzł gardła tuzinowi konkurentów i nosił po kieszeniach otłuszczone wizytówki z numerami do Waldka Pawlaka i Kwaśniewskiego. Słyszałem, że ma sieć kantorów, sprowadza telewizory z Chin i zelówki z Mozambiku. Przed Sikorą drżała każda baba na Stadionie Dziesięciolecia. Nie wiem, czy to prawda. Ważne, że potrzebował prywatnego kelnera do swojej posiadłości w Milanówku.

Dom przypominał pałac cygańskiego króla. Na ścianie wisiały skrzyżowane szable, po kątach kurzyły się zbroje i popiersia kobiet o obfitych biustach. Spłuczka w kiblu kapała złotem. W drzwiach i oknach było więcej łuków, niż miała Złota Orda. Stąpałem po niedźwiedzich skórach. Z mojego pokoiku rozciągał się widok na staw i łąkę, po której hasały konie. Wylądowałem w siodle, można by rzec.

Ze stu pokoi jeden przypadał na prywatną galerię sztuki. Sikora znał się na malarstwie jak świnia na gwiazdach, ale uważał, że każdy światowy człowiek musi mieć w domu ze dwadzieścia obrazów — jako dowód dobrego gustu, ale i inwestycja. Faktycznie lubił zachodzić do tej galerii. Zasiadał w fotelu, rozdziawiał tępą gębę, a ja musiałem donosić mu drinki.

Miał tam jakieś Fangory, Ociepki i Marczyńskie, ale perłą kolekcji był autoportret Malczewskiego w zbroi. Sikora lubił sądzić, że ten obraz jest wart tyle co cała posiadłość. Zapytałem, skąd go wytrzasnął. W końcu to dobro narodowe czy coś takiego. Roześmiał się, zakrztusił wódą i rzekł, że dla takiego człowieka jak on nie istnieją rzeczy niemożliwe.

Był całkiem miły — jak większość ludzi, którzy nie mają żadnych skrupułów w krzywdzeniu innych. Uwielbiał przyjęcia i zgrywał króla imprezy. Raz wyciągnąłem go nieprzytomnego z basenu i wpychałem powietrze w cuchnące wódą usta. Kiedyś, po całonocnej balandze na płatkach róż, z szampanem chłeptanym z oblodzonych kieliszków, wskoczył na konia, chwycił drąga i ryknął, że rusza na Wiedeń. Goniłem go po całym Milanówku. Było wspaniale, zwłaszcza że skacowany i skruszony Sikora przepraszał mnie banknotami.

Znów żyłem zgodnie ze swoim nazwiskiem. I znów się skończyło.

Na balangach pojawiało się coraz mniej gości. Zniknęli politycy, właściciele stacji telewizyjnych i inni biznesmeni. Pozostały płotki liczące na darmową wódę, dziennikarze i inna hołota. Sikora uśmiechał się coraz szerzej, mówił coraz więcej, jakby próbował odepchnąć klęskę samą gadaniną. Co gorsza, przestał płacić.

Najpierw skończyły się stówki dawane ekstra, po pijaku, kiedy coś zbroił. Potem wypłacał połowę tygodniówki, obiecywał, że niedługo odda resztę z nawiązką, ściskał, zionął i nazywał jedynym przyjacielem. Chyba rzeczywiście nim byłem, bo dom opustoszał. Sikora miotał się między cichymi ścianami i urżnięty w sztok próbował skakać na główkę do basenu bez wody.