Zostałem z nim, żeby się nie zabił. Liczyłem, że wyjdzie na prostą i mnie spłaci. Dokąd miałem wracać, do mamy? Po prostu nie umiałem go opuścić. Do czasu.

Pewnego poranka do chałupy na pełnej kurwie wbili mundurowi. Nagle zrobiło się niebiesko jak w pieprzonej wiosce smerfów. Mieli tarany, maski, tarcze, karabiny. W tym wszystkim był też ogłupiały, pijany Sikora. Bełkotał i podnosił ręce za głowę.

Gdy przez uchylone drzwi widzisz trzech policjantów pędzących w twoim kierunku, rozumiesz, że sprawa przepadła. Żegnajcie, pieniążki kochane! Do widzenia, panie Sikora! Popędziłem przez posiadłość. Wyskoczyłem razem z oknem, wpadłem między oszalałe od huku konie, poleciałem dalej między drzewa i przeskoczyłem przez ogrodzenie. Przez Milanówek szedłem, szukając cienia, przerażony. Bałem się, że ktoś mnie zobaczy w ten fatalny poranek. Biegło się ciężko. Bałem się ciekawskich spojrzeń.

Pod pachą niosłem zerwany ze ściany autoportret Malczewskiego.

3.

Nie sztuka ukraść sztukę, sztuka sprzedać sztukę skradzioną. Malczewski był gorący jak pozytywny test ciążowy. Mama zaraz powiedziała, że ten obraz ściągnie na nas nieszczęście. Oczywiście wiedziałem swoje i poleciałem do Karambola.

W tamtych dobrych czasach Karambol miał nieulękłe serce i głowę pełną fantastycznych pomysłów, za to nie posiadał dzieci. Sprowadzał dżinsy z Bochni, zdejmował SIM-locki i cały czas gadał, kogo to nie zna i jakich interesów zaraz nie zrobi. Powiedziałem mu, co trzymam za łóżkiem, a on obwieścił, że trafiłem pod właściwy adres. Zna marszandów i kolekcjonerów, towar upłynni po cichu i z zyskiem.

Ustaliliśmy procent i Karambol porwał tego Malczewskiego. Do dziś nie wiem, czemu tak postąpiłem. Równie dobrze mógłbym dać owieczkę w depozyt krokodylom.

Trzy dni później Karambol wleciał do mnie razem z drzwiami. Miał obity ryj i kurtkę rozdartą na plecach. Za nim wtoczyło się trzech takich, których łatwiej przeskoczyć, niż obejść. Jeden w wielkich łapach trzymał autoportret Malczewskiego. Prasnął mnie ramą w łeb, a potem wzięli mnie na buty.

Nie jestem ułomkiem, ale tutaj naprawdę nie miałem wiele do gadania. Chroniłem głowę i części rozrywkowe. Karambol kulił się pod ścianą. Mama odmawiała zdrowaśki i próbowała kropić tych trzech wodą święconą. Jeden powiedział, że wykonują tutaj wolę Bożą, karząc mnie za grzechy. Przydzwonił mi raz jeszcze tą ramą i sobie poszli.