Zdejmuję jej kurtkę i podaję szatniarce przysypiającej pod kopią plakatu chwalącego plan sześcioletni. Sukienkę Kryśki zdobią japońskie kwiaty oraz tygrys. Prowadzę dziewuchę do stolika i odsuwam czerwone krzesło, nim siądzie. Z sufitu zwisają abażury z ciemnego bambusa, a ścianę zdobią gałęzie splecione w kształt kwiatów i liści. Chłopy w białych koszulach walą wódę i zagryzają tatarem, za to jedyna kelnerka nie ma nawet fartuszka, tylko szarą bluzkę z rozcięciem powyżej piersi. Szmal zgarnia do torebki, którą ma przepasane suche biodra. Kryśka mimo swoich lat wygląda jak królowa i nawet próbuje udawać, że podoba jej się w Lotosie. Wodzi wzrokiem po białych zasłonach sięgających ziemi, po zdjęciach ze starych imprez sylwestrowych, by zatrzymać spojrzenie na dalekim barze. Znaczy: jest pijąca, co mi dobrze wróży.
Usiłuję ściągnąć wzrokiem kelnerkę zajętą stolikiem świń w białych koszulach. Mówię, że odkąd wyremontowali Mozaikę, Lotos jest ostatnią prawdziwą restauracją w Warszawie, co trochę rozbisurmaniło obsługę. Przychodzili tu Waldorff, Wilhelmi i Lech Falandysz. Gdy Polański jest w Polsce, zawsze wpada do Lotosu. Kryśka wątpi w moje słowa. Jej zdaniem Polański wynajmuje sobie całe piętra w hotelach i ma własnych kucharzy. Ciągnąc tę radosną bajerę, opowiadam o swojej wielkiej przyjaźni z Polańskim, którego pewnego wieczoru wyprowadziłem tylnym wyjściem z Kameralnej, ratując przed tłumem rozkochanych małolat, wprost w ramiona małolaty przez niego upatrzonej. Dostałem za to butelkę whisky, karton czerwonych marlboro i dwieście dolarów wyszarpanych z portfela z krokodylej skóry. Kryśka słucha tego, wierzy albo dobrze udaje. Na szczęście zjawia się kelnereczka. Pora zamawiać alkohole.
Winszuję sobie setkę na lodzie i gin z tonikiem dla mademoiselle. Kryśka puszcza oko i przez moment trapię się, że przejrzała tę sztuczkę. Kobiety są różne, lecz łączy je jedno — wszystkie toną w ginie z tonikiem niby szczenięta zawinięte w wór i ciśnięte do rzeki. Chłepczą tę mdłą słodkość, z każdą kolejną szklaneczką śmieją się coraz częściej, wreszcie tak jakoś wpadają w ramiona, no a potem — wiadomo. Nigdy nie spotkałem takiej, która by przeszła próbę tego trunku, a już z pewnością nie będzie to Kryśka. Osusza szklankę w pięć minut i winszuje sobie jeszcze.
Pozwalam jej mówić. Kobiety ponad wszystko pragną być wysłuchane, bo nikt o zdrowych zmysłach nie ma sił na gadanie o kosmetykach, byłych facetach i durnych koleżankach. Kryśka przynajmniej ma gadane. Bez przerwy rechocze. Jest scenografką w teatrze i o aktorach ma jak najgorsze zdanie, co dobrze o niej świadczy. Trzyma w domu trzy koty. Czyta książki do świtu i pasjami ogląda te wszystkie amerykańskie seriale, które wymyślono tylko po to, by ludzie nie wychodzili już na ulicę. Raz w miesiącu chodzi potańczyć, ale dziś nie jest ten dzień. Kładzie dłoń na stole. Obok pojawia się moja. Zamawiam kolejny gin z tonikiem. Pora na jedzenie. Kryśka ma ochotę na eskalopki cielęce w sosie grzybowym. Prosty rachunek każe mi się zadowolić zrazem zawijanym. Kryśka je drobnymi kęsami, choć w jej oczach widzę, że najchętniej napchałaby usta mięchem, aż by nosem wyszło.
Jeśli jedzenie, to i papieros. Stoimy przed Lotosem, patrząc w stronę skrzyżowania. Samochody rozjeżdżają się we wszystkich kierunkach jak gołębie o podpalonych ogonach i Kryśka nieoczekiwanie mówi, że to miasto oszalało i nigdy nie będzie już dobrze. Czuje się samotna. Trudno mi odpowiedzieć. Kryśka chwieje się na swym obcasie i muszę ją podtrzymać. Jej ciało jest twarde jak karoseria. Dotyk trwa tylko moment. Pstrykam niedopałek. Kryśka swój dusi pod butem. Wracamy. Znów zdejmuję jej kurtkę, znów odsuwam krzesło, ale tym razem siadam tuż obok. Kryśka wypija pół szklanki i mówi, że tacy faceci jak ja — szarmanccy, pewni swego, walący wódę na szklanki — to rzadki cud, diament w koronie stworzenia.
Rewanżuję się podobnym komplementem i zamykam jej dłoń w swojej. Odpowiada pieszczotą, lecz palce są zimne i spięte, jakby oczekiwały porażenia prądem. Wystarczy spojrzenie w te smutne oczy, abym się upewnił. Przepraszam ją bardzo. Puszczam dłoń. Siadam z powrotem po drugiej stronie stołu. Kryśka znieruchomiała. Przełykam ślinę i mówię, bardzo powoli, że przyszedłem tutaj tylko po to, by zasięgnąć języka. Po to mi cały cyrk z uwodzeniem. Zgoda, jestem fiutem. Ale porządnym fiutem. Ty, Kryśka, też jesteś w porządku. Zaraz zadzwonię po taksówkę, która odwiezie cię do domu.
2.
Kryśka opiera się o krzesło i natychmiast przechyla do przodu, splatając dłonie na białym obrusie. Stwierdza, że przyszła tutaj, bo Janina, wiercąc jej dziurę w brzuchu, przebiła się niemal do kręgosłupa. Planowała mnie uwieść i wydobyć telefon, tylko tego nie zrobi, gdyż wcale jej się nie podobam, choć porządny ze mnie fiut i klawy gość. Nie podobam, bo żaden facet jej się nie podoba. Robi w mniejszościach i jeśli znam jakieś świńskie żarty na ten temat, lepiej, żebym powiedział je teraz. Żaden dowcip nie przychodzi mi do głowy. W gruncie rzeczy nie wiem, co powinienem gadać. Siedzimy i patrzymy na siebie. Krystyna odsuwa szklankę z ginem i tonikiem. Pyta, czy wreszcie może napić się wódki. Nie wiem, które pierwsze parska śmiechem, ale dałbym głowę, że robimy to jednocześnie.
Na stole pojawia się oszroniona półlitrówka i dwa kieliszki. Domawiam po tatarze. Trącamy się. Kryśka wali lufę i nawet jej nie otrzepie. Opowiadam jej o Barytonie i jego lśniącym palcu, o głupich klientach, Karambolu, jego kłopotliwych brzdącach i nieszczęśnikach snujących się po Pradze. Snuję historie z wojska i złotych lat w Kameralnej, kiedy forsa spływała rzeką, a klienci z cyferkami w głowach dawali się robić jak dzieci. Pewnego razu, mówię, chłop schlał się i zjechał pod stół. Nie było jeszcze południa. Z kumplem przenieśliśmy go na parapet, przykryliśmy obrusem, zzuliśmy buty i przyczepiliśmy karteluszek do palucha. Każdemu, kto przyszedł i zapytał o tego gościa, tłumaczyłem z kamienną twarzą, że klient nam zgasł i czekamy na spóźniającą się karetkę — widomy dowód kryzysu w służbie zdrowia. Kryśka odmawia wiary. Odpowiadam, że to prawda najszczersza, inaczej niż z Polańskim.