Stukam i proszę, żeby wyszedł albo chociaż mnie wpuścił. Póki co próżny to trud. Mówię, że przecież nie wydrapią mu oczu, i chcę wiedzieć, co sobie myślał, kiedy zaprosił wszystkie trzy tutaj na jedną godzinę. W odpowiedzi słyszę wysoki skowyt, a po nim odpowiedź: Baryton umawiał się wielokrotnie, lecz nigdy żadna nie przyszła. Potem odkrył Internet i teraz cierpi od nadmiaru.

Błaga, żebym mu pomógł. Powołuje się na moje doświadczenie z kobietami, a gdy zwlekam z odpowiedzią, godzi się zejść ze swojego procenta od napiwków. Propozycja jest kusząca, lecz każdemu należy się forsa za wykonaną robotę. Składam kontrofertę. Pomogę, jeśli otworzy drzwi do spiżarki. Rozpaczliwe chlipnięcie odbieram jako znak zgody.

Baryton klęczy na podłodze i minę ma, jakby właśnie objawił mu się zastęp wyjątkowo tłustych aniołów. Nawet ręce złączył jak do modlitwy. Sunie ku mnie na kolanach i przeprasza za wszystko. Błaga, bym wyzwolił go z tej kabały. Myślę przez chwilę. Baryton ma ogarnąć się w ciągu pięciu minut. To jedyne podziękowanie, jakiego oczekuję.

Wracam do kuchni. Zgarniam wszystkie papiery, które mamy: gazety, stare kopie menu, ulotki reklamowe. Cały ten szajs, który walał się na najwyższych półkach, ładuję do dwóch garnków pozostawionych na płycie grzewczej. Postawa pionowa wciąż jest za trudna dla naszego Barytona. Podnoszę go z klęczek, trzykrotnie walę w gębę otwartą dłonią. Niech założy kurtkę i czeka. Powinniśmy mieć tylne wyjście na wypadek takich sytuacji.

Baryton biedzi się z powierzonym mu zadaniem. Podpalam papiery w garnkach. Ogień bucha gwałtownie, by zaraz przygasnąć, jak zawsze w takich wypadkach. Za to dym wypełnia kuchnię. Pojawia się też ważniejszy sojusznik — smród. Gdy zjawiam się w sali, wszystkie trzy kobiety są poważnie zaniepokojone. Mówię, że mamy maleńki pożar, i proszę, by natychmiast wyszły. Przepraszam za zaistniałą sytuację i zapraszam znowu, w lepszych okolicznościach. Czarna żyrafa i pulchna kwoczka natychmiast podnoszą się z krzeseł i lecą do wyjścia, natomiast wesoła sówka sądzi chyba, że to doskonały żart. Zamiast pogratulować jej przenikliwości, pozwalam zabrać karafkę na koszt firmy.

Za wesołą sówką zamykają się drzwi dokładnie w chwili, gdy słyszę pełen strachu krzyk Barytona.

3.

Wybija godzina duchów. Siedzę przy stoliku Kutavaggia w Balatonie. Przez otwarte drzwi wdziera się chłód, wyczuwam też wyraźny swąd spalenizny. Dobrze znam jego źródło. Są nim moje własne brwi.

Gapię się na menu i telefon, zachodząc w głowę, jakim cudem wszyscy nie spłonęliśmy żywcem.

Baryton usiłował podtrzymać ogień. Nie wiedział, biedny, że lepsze jest wrogiem dobrego, i chlusnął olejem wprost na papiery żarzące się w garze. Płomień buchnął pod sam sufit. Mniej więcej wówczas Baryton zaczął wrzeszczeć głosem diwy operowej zmuszonej do spaceru po czerwonych węglach. Wzywał pomocy, lecz na nią nie czekał. Zastałem go, jak szarżował w stronę garnka, unosząc wodę w butli pięciolitrowej. Ryknąłem, by tego nie robił. Rzuciłem się, by wyrwać mu butlę, Baryton jednak okazał się szybki, całkiem jak nie on. No i walnęło. Pierwszym, co zobaczyłem po odzyskaniu przytomności, był pęknięty garnek i języki ognia pełzające po płycie grzewczej. Zdusiłem je szmatą zaraz po tym, jak ugasiłem własne brwi. Mniej więcej w tym czasie przyszło mi do głowy, że straciłem kontrolę nad własnym życiem. Wiele mi się jak dotąd zdarzyło, ale pierwszy raz wyleciałem w powietrze. Siedzę teraz i czekam, aż Baryton skończy sprzątanie. Mam nadzieje, że nie połamie sobie palców przy szorowaniu podłogi.