A jeszcze niedawno było tak spokojnie. Można pomyśleć, że Kutavaggio zabrał ze sobą ład i porządek.

Nie jestem myślicielem, ale jak człowiek wyleci w powietrze, zbiera mu się na refleksje. Jeszcze niedawno Kutavaggio siedział właśnie przy tym stoliku i jadł własnymi sztućcami. Potem wychodziliśmy na papierosa. Zostawiał mi paczkę. A teraz go nie ma. Był durny, śmieszny i zostawił po sobie pustkę.

Przecież pamiętam, jak tuż przed śmiercią zachowywał się jak wariat i jeździł wszędzie tym swoim telefonem. Być może przeczuwał, że kroi się coś niedobrego.

Z kuchni dobiega nawoływanie Barytona. Jęczy, że zrywa z poliamorią. Niewiele mnie to obchodzi, bo przed oczyma mam trzy kobiety, które tutaj przyszły, każdą wpatrzoną w menu. To samo menu, które leży przede mną jako i niedawno przed Kutavaggiem. Jeździł nad nim swoim telefonem.

To, co wziąłem za pusty gest, okazało się sensowne. Wiem, bo patrzę na menu przez ekran aparatu.

Na pierwszej stronie widnieje wytarta reprodukcja Martwej natury z jabłkami i brzoskwiniami Cézanne’a. Menu czasem się zmienia, ta karta nigdy. Zdążyłem o niej zapomnieć.

Z kuchni dobiega odgłos spadających garnków. Baryton świszczącym falsetem ślubuje wieczną abstynencję seksualną i znów coś leci z półki. Nic mnie to nie obchodzi.

Wiem, kto zabił Kutavaggia.