Przecież zawsze chodzi o szmal
1.
Coście, moczymordy, uczynili z Powiślem, kiedy mnie nie było?
Dawniej panowała tutaj cisza i ciemność, a o tej porze, przed pierwszą w nocy, mogłem przejść spod uniwersytetu Oboźną aż do Wisły, spotykając co najwyżej pijanego posła wytaczającego się z Harendy. Park Kazimierzowski był ciemny i cichy. Na ławkach bulwarowych pospiesznie pieprzyli się młodzi i wszystko grało jak orkiestra podwórkowa. Ulice ginęły w półmroku. Niekiedy dał się słyszeć szum rzeki. Harendę oblepiają ludzie w puchowych kurtkach narzuconych na kraciaste koszule. Część nosi garnitury, które na ich miękkich ciałach wyglądają jak mokre. Park Kazimierzowski rozświetlono jak na Boże Narodzenie, lecz wali rozmokłym gównem po staremu. Świateł zresztą na starym dobrym Powiślu zrobili od groma. Błyszczy się Oboźna, jaśnieje Browarna z Topielą, lampy ciągną się Leszczyńską aż do tego idiotycznego centrum technologii, gdzie nawet człowiek z łbem na karku zmieni się w orangutana.
Tak właśnie wygląda nowoczesność, oto pomysł na naprawienie tego wspaniałego kraju. Niech wszystko będzie rozświetlone. Spoglądam na rozbawionych rodaków i aż muszę walnąć setkę w Kafce, żeby mi się polepszyło. Widzę młodych, jak gramolą się Oboźną ku Staremu Miastu. Dyszą przy każdym kroku, chwieją się i plączą im się nogi chudsze od mojego przedramienia. Można by pomyśleć, że zdobywają ośmiotysięcznik albo przynajmniej Gubałówkę. Widzę ich zapach. Widzę ich pustkę.
U zbiegu Browarnej z Topolową zbiega się grupka zagraniczniaków. Tłoczą się, jakby stali na łódce sunącej przez Morze Śródziemne, lecz cieszą się bardziej niż ci biedacy z Syrii. Dosłownie jeden wyłazi na drugiego. Skośnooka młódka taka, wysuwa telefon komórkowy na długim patyku i cyka fotkę tej zbieraninie. Dotąd myślałem, że takie rzeczy nie zdarzają się w Polsce. Robią parę kroków i znów do zdjęcia. To jedyne, co zobaczycie na swoich wakacjach, kretyni: ekranik aparaciku kupionego w abonamencie.
W hamującej gwałtownie taksówce otwiera się przednie okno od strony pasażera. Wyłania się fioletowy tłusty łeb i chlusta na karoserię jasną rzygowiną. Inni kierowcy trąbią. Chłopakowi w kapturze leci z rąk szklana lufka. Dziunia w miniówie wali po pysku brodacza w czarnym płaszczu trzy czwarte. Zalana łzami próbuje się dostać do zapaskudzonej taksówki, tyle że z drugiej strony. Taksówkarz próżno tłumaczy, że ma klienta. Odjeżdża odprowadzany przez przekleństwa. To wszystko kiedyś skrywało się w półmroku. Teraz jest pięknie oświetlone. W końcu mieszkam w stolicy, gdzie wszystko musi być nowoczesne i europejskie.
2.
Apartamentowiec na Leszczyńskiej niewątpliwie wyprzedza nasze czasy, choć strzeżony jest lepiej niż średniowieczna twierdza. Bije w niebo lśniąca fasada, drzwi jednak zastaję zamknięte. Portier podnosi się po trzecim dzwonku i pyta, do kogo się wybieram. To mówię. Portier robi minę, jakbym mu ojca harmonią zabił, i wpuszcza mnie do środka. Jego twarz nie pozostawia wątpliwości: do Emka przychodzili goście mniej wyszukani niż ja.
Ściany pokrywa czerwony atłas, stąpam po miękkim dywanie. Mijam podświetlony wodotrysk i owiany lekkim zapachem aptecznym pcham drzwi prowadzące na podwórko. Jaśnieją lampki na podmurówce ogródka. Pod bryłą ze szkła zieleni się basen. Ze ścian można by jeść, a z resztek odgarniętego śniegu ugotować zupę. W szybie bramy na klatkę dostrzegam własną gębę i cóż, chyba nie jest najlepiej. Emek, który widzi mnie w kamerze domofonu, też sprawia wrażenie niezadowolonego. Mówi, że jest środek nocy. Radzę, by się zamknął i otwierał. Wejdę tak czy siak. Drzwi brzęczą.