Nie przypuszczałem, że obie panie wylądują na tej samej sali. Prawdopodobieństwo było mniej więcej takie jak zderzenie się dwóch Voyagerów w przestrzeni kosmicznej. Jak narodziny byczka o czterech głowach. Jak pięć asów w rozdaniu pokerowym i tak dalej. Marny ze mnie myśliciel, ale chyba najmniej prawdopodobne wydarzenia są najbardziej pewne.
Przychodzę. Witam się z mamą i Krystyną, pilnując kolejności. Jednej przynoszę czekoladki, drugiej, po staremu, szlugi i wiśniówkę. Staruszka-złodziejka chciwie patrzy w ich kierunku. Wyciąga rękę i zaraz ją cofa. Mamusia mówi jej, żeby uważała. Przypomina, że w sekundę rozłożyła potężnego chłopa, więc bez problemu poradzi sobie z raszplą o lepkich paluszkach. Staruszka-złodziejka mało nie nakryje się kołdrą. Kryśka polewa mamie wiśniówki. Ta odwdzięcza się ptasim mleczkiem i czekoladkami. Spotkanie zyskuje na uroku za sprawą taniej kopii Kossaka Siostra miłosierdzia na linii bojowej pod Warszawą. Czuję się, jakby Kutavaggio siedział tutaj z nami. To nie jest miłe wrażenie. Zaczyna się paplanina.
Temat rozmowy jest najszlachetniejszy z możliwych. Obie panie interesuje wyłącznie Irek Król. Gadają jednak, jakby mnie tu nie było. Mamuś opowiada, jak kiedyś zgubiłem parasol, pożyczyłem drugi od niej, żeby szukać pierwszego, i ten drugi też zgubiłem. Kryśka dławi się ptasim mleczkiem, a ja gryzę wargi: po pierwsze, to nieprawda. Po drugie, byłem wtedy najwyżej w drugiej klasie zawodówki. Czego wymagacie od smarkacza? Milczę jednak i słucham opowieści Krystyny, której bardzo podoba się sposób, w jaki udaję trzeźwego. Jej zdaniem zaczynam mówić bardzo wolno, a i tak połykam głoski. Mamusia aż klaszcze z zachwytu. Podziela tę obserwację. Pochyla się w kierunku Kryśki i wyraża nadzieję, że będzie często do nas przychodzić. Bardzo się cieszy, że wreszcie nie jestem sam. Gdy wyobraża sobie swoją synową, przed oczyma staje jej Kryśka.
Z Kryśką wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia. Cóż, kiedyś będziemy musieli powiedzieć prawdę tej mojej mamusi. Ale może jeszcze nie dziś.
Pozwalam im gadać i myślę o wydarzeniach ostatnich dni, układających się w sekwencyjne manto, w wielkie niepowodzenie, w klęskę Irka Króla. Zamiast kasy za telefon dostałem centralny łomot. Już nic mnie nie ocali przed orką w Balatonie. Nie wrócą poranne koniaczki w Wiedniu i weekendy w Zakopanym. Ugrzęzłem na Pradze. Zatonę w złotym denarku. Kutavaggio nie żyje, jak nie żył, i muszę sam sobie kupować chesterfieldy. Zaraz pójdę zapalić. Póki co, siedzę, słucham mamy i Kryśki, a tylko Kryśce się przyglądam.
Forsy nie zdobyłem, zadowolę się więc nagrodą pocieszenia. Przyjaźń jest daniem, którego nigdy nie próbowałem. Zobaczymy, z czym to się je.
3.
Przyjaciółka, nowa i jedyna, zapewne śpi teraz w szpitalnym łóżku, a ja zadowalam się towarzystwem kolegi. Karambol nie wierzy w lesbijki. Uważa, że to kolejna moda nakręcona przez amerykańskich Żydów, którzy wcześniej wymyślili psychoanalizę i powiększanie się dziury ozonowej. Podając denarka, pytam, czy jego zdaniem Kryśka bierze po cichu stypendium zza Atlantyku. Raczej się u niej nie przelewa. Karambol przypomina, że kobiety kłamią, nawet rozmawiając o pogodzie. Pomysł ze stypendium bardzo mu się podoba. Jego zdaniem Kryśka nie pójdzie ze mną do łóżka, gdyż musiałaby je zwrócić.