Towarzystwo to składali: starsza wiekiem osoba, Polka, z córką i poważnym jegomościem, ojcem zapewne rodziny - młody, żwawy, przystojny Francuz i Dzierżymirscy.

Ożywiona, niemilknąca rozmowa, podtrzymy­wana głównie przez Olę i młodego Francuza, panowała przy tym, odosobnionym od innych, stoliku. Stary jegomość śmiał się co chwila serdecznie i jowialnie z dowcipów młodzieńca, panienka również rozmawiała wesoło i jeden tylko Dzierżymirski stanowił w tym akordzie dobranym kontrast aż nadto wyraźny, zachowanie się zaś jego milczące i bierny, li tylko konieczny, udział w rozmowie, świadczyły dobitnie, że to wszystko nudzi go nad wyraz.

Oczy Dzierżymirskiego, pełne zamyślenia, pra­wie bezustannie spoczywały na krajobrazie u podnó­ża góry, z rzadka przenosząc się, obojętne, na towa­rzystwo. Wzrok jego wtedy zatrzymywał się głównie na Oli. Zaduma smętna, od otoczenia daleka, znikała wówczas na chwilę z jego oblicza, źrenice zaś czarne Romana, ciemniejszemi stawały się, badawcze... Nader korzystnie zaś dnia tego wyglądała pani Ola. Ubrana w zgrabną suknię, z jasnej materyi, czyniła wrażenie wytworne i eleganckie; obnażone zaś dość głęboko, z okazyi niby gorąca, pierś, szyja i ramio­na, przykryte tylko ażurową koronką, stanowiącą całość z suknią - podnosiły jeszcze wdzięk jej posta­ci. Siedząc obok młodego Francuza, rozmawiali z nim przeważnie, śmiejąc się, dowcipkując, i bezwiednie zapewne tylko, rzucając mu od czasu do czasu rozba­wione, zalotne jakby spojrzenia.

Trwało tak dosyć długo. Po niejakim czasie jednak Ola zauważyła snać dziwne trochę zachowa­nie się męża, bo, skorzystawszy z ogólnego powsta­nia, spowodowanego czyjąś uwagą o krajobrazie, zbliżyła się do Dzierżymirskiego, i przytuliwszy się, otarłszy, jak kocię, swą rozkwitłą kibicią o niego, miękko i czule zapytała:

- Coś taki smutny, Romciu, co ci?

-Nic, kochanie! - odparł krótko Dzierżymir­ski i dorzucił po chwili:

- Ale, a propos, ja cię tu zostawię, bo sam wpaść jeszcze muszę na pocztę, tam, na dole...

- Koniecznie chcesz tam iść? To może jedź­my już razem?..

Dzierżymirski odczuł niechęć lekką w głosie żony; cień ledwie dostrzegalnego niezadowolenia, przemknął mu po twarzy, odezwał się jednak szybko:

- Nie, nie, zostań, ma chčre, proszę cię... Spot­kamy się później w alei nadbrzeżnej, będę czekał na ciebie... au revoir...