Dzierżymirski ścisnął zlekka rączkę żony i zręcz­nie wycofał się z platformy, zdążając po schodkach na dół, do stacyi kolejki zębatej, zwanej "funiculai­re," a łączącej w pięciu minutach czasu górę z mia­stem.

Zajęte lornetowaniem krajobrazu - którego wdzięk teraz dopiero, po chwilowem wyczerpaniu tematu rozmowy, zdołał przemówić do ich poczucia piękna. Towarzystwo nie zauważyło nawet odejścia Romana. Ten ostatni spuszczał się powoli po schodkach i zasiadł niebawem w wagoniku kolejki, wkrótce ru­szyć mającej do Lucerny.

- A to mnie znudzili - mruknął - zakazane to­warzystwo...

W tej samej chwili rozległ się sygnał odjazdo­wy, wagoniki poruszyły się z chrzęstem, i hamowa­ne, powoli w dół spuszczać się zaczęły.

Roman obejrzał się; w wagonie, dziwnym zbie­giem okoliczności, znajdował się zupełnie sam.

Wygodnie wyciągnął nogi, rozparł się i patrzył w dół.

Przed nim czerniała stromo idąca para szyn kolei, z położonym pośrodku trzecim, dziurkowatym relsem; w dole, otulone mrokiem, drzemało jezioro­ - wierzchołki gór stopiły się w zmierzchu, zlały jakby z chmurami niebios, w ciemnościach zaś, coraz to większych, występowały teraz szaro domy miasta, w których, jak ogniki błędne, zapalały się co chwi­la tu i tam światełka.

Roman nagle przymknął oczy.

Bo oto jemu - wpatrzonemu ciągle w dół, w stro­mą pochyłość i powietrzną próżnię, dzielącą jeszcze kolejkę od jeziora i, miasta - zakręciło się w głowie, w wirze zaś tym wyłoniła nagle się jedyna szalona myśl, spowodowana jakimś jednoczesnym, nic nie znaczącym wagonów hałasem. Mianowicie zdało mu się po prostu, że oberwany pociąg leci w dół, coraz szybciej, i... że już... już oto w katastrofie, chaosie impetycz­nym - dotknie się on niebawem szklistej toni wód...

Po krótkiej atoli chwilce Dzierżymirski otwo­rzył oczy i roześmiał się głośno.