Nic wokoło nie zmieniło poprzedniego wyglądu. Wolno i ostrożnie staczała się kolejka dalej, jezioro byłe już tylko znacznie bliżej, u brzegu jego mrugała, iskrząca się dziesiątkami światełek, Lucerna; wagony, brzęcząc, spuszczały się ciągle, zawieszone nad miastem.
Roman wzruszył ramionami.
- Co mi dziś jest! sarn nie wiem! - mruknął.
W istocie był nie swój od samego rana. W silnej mierze niewątpliwie przyczyniło się do tego postępowanie żony.
Zapoznawszy się sama z kilkoma osobami, o natrętnej manji zaznajamiania się, zanudzała go od kilku dni pobytu w Lucernie ich obecnością bezustanną, bawiąc się wszakże sama znakomicie. I to właśnie ostatnie najbardziej irytowało Romana. Tak unikał dotąd ludzi, tak uciekał od nich, by być samym tylko z Olą, by bez zamącenia niczem pić szczęście chwili i tą miłością w sobie wszystko zagłuszyć!..
Ominął wszak nawet dobrowolnie Medyolan, rodzinne miasto swej matki, gdzie pochowaną była na miejscowem "Cimitero Monumentale," gdzie poza tem posiadał jeszcze krewnych nieboszczki - uczyniwszy to w jedynym celu uniknięcia musu obcowania z ludźmi, innymi, prócz niej, Oli...
A tu tymczasem ona sama wyszukiwała sobie jakieś zakazane figury!..
Roman przy tej ostatniej myśli, wyrzuciwszy z ust dogasającego papierosa, żachnął się niecierpliwie.
Bo na przykład ten Francuz, czyż nie wzbudzał w nim słusznego gniewu? Młodzik nieznośny, z bezmyślnym, banalnym wiecznie na ustach uśmiechem, z którego jednak Ola bezustannie tak szczerze się śmiała...
- Albo ta jej tualeta dzisiejsza, - mówił sobie dalej Roman, - w Wenecyi przecież było daleko goręcej, nie ubierała ona jednak gorsu swego tak przejrzyście, a tu chłód w porównaniu...