- Dla tego osła z Paryża niewątpliwie, by mógł cynicznie i lubieżnie napawać się kształtem i ciałem jej kibici! - półgłosem dopowiedział podrażniony Dzierżymirski.

- Że też te kobiety bez wabienia mężczyzny po prostu żyć nie mogą!.. - wyrwało mu, się jeszcze.

Spostrzeżenie powyższe, a tyczące się w danym wypadku własnej żony, gniewało go niepomier­nie.. Od pewnego czasu bowiem, obserwując Olę, dostrzegł cechę w charakterze jej, nieznaną mu dotąd: chęć zalotną przypodobania się innemu mężczyź­nie - nie jemu... Jątrzyło go to bardzo, choć pra­gnął pozornie traktować fakt ów lekko.

Wagoniki stanęły właśnie. Roman wyskoczył szybko i skierował się ku gmachowi poczty, położonemu koło głównego mostu, tuż przy dworcu kolejowym. Przed paru dniami wysłał list do kraju, do jednego ze swych dobrych znajomych. Powiada­miał go o swoim ślubie i zarazem prosił usilnie o na­pisanie mu, co w rodzinnem mieście mówią o jego małżeństwie i co porabia January Gowartowski.

Dzierżymirski najbardziej był ciekawym tej ostatniej wiadomości, ze względu na Olę i smutek, od niedawna, stopniowo żłobiący, coraz częściej jej twa­rzyczkę.

Podał adres: "Poste-restante, Lucerna," teraz zatem, wyskoczywszy raźno z wagonu kolejki, w kil­ka sekund znalazł się już przy właściwem okienku, w obszernej sali gmachu szwajcarskiej poczty. Śpiesznie powiedział urzędnikowi swe imię i na­zwisko.

Grymas pocieszny wykrzywił twarz tego osta­tniego, i wykrztusił z trudnością:

- Dziez-Dzier... Cornment? Čcrivez, monsieur, sil vous plait! - podał kartkę Dzierżymirskiemu.

Roman posłusznie napisał swe nazwisko.

Urzędnik wziął papier do ręki, skrzywił się raz jeszcze, poczem wzruszył wymownie ramionami, a po chwili dopiero podał cudzoziemcowi list.