- S'il vous plait, monsieur!

Roman odwrócił się szybko. Szwajcar, pozbieraw­szy pieniądze, oddawał mu sakiewkę.

- To dobrze, macie za owoce i fatygę! - po­śpiesznie odparł Dzierżymirski i wręczył przekupnio­wi dwa franki, w srebrze.

- Merci, monsieur! - akcentując przeciągle ostatnią sylabę u wyrazu: pan, odparł zadowolony Szwajcar, skłonił się, bez uniżoności jednak, i od­szedł.

Dzierżymirski wstał i skierował się ku innej, odleglejszej, skrytej cieniem drzew, a pustej również ławce. Wychodząc z domu, dziwnym trafem okoliczności, przerachował właśnie pieniądze i wiedział co do grosza, ile ich znajdowało się w portmonetce. Od­trąciwszy w myśli wydanych kilkanaście franków, po­czął gorączkowo liczyć złoto i srebro.

Nie brakowało ani jednego centa.

Widoczne rozczarowanie odbiło się na twarzy Dzierżymirskiego. Pochylił się na siedzeniu, oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w dłonie.

- Więc ludzi uczciwych na świecie nie brak... Uczciwym być potrafi nawet człek prosty, więc tylko ty... ty!.. - huczało mu bezlitośnie w głowie, i rumie­niec wstydu palił policzki.

Nie mogąc usiedzieć, Roman zerwał się po chwili z ławki i skierował przed siebie nadbrzeżną aleją.

Minął niebawem jeden z pierwszorzędnych hoteli, ­przed którym co wieczór stale grywała orkie­stra, dotarł aż do położonego na końcu "quai" - kursalu, - zawrócił, wciąż opanowany jedną i tą samą myślą.