Roman uśmiechnął się ironicznie:
- Zmarzła, biedaczka! - mruknął z zadowoleniem. - Przyśpieszył kroku, a znalazłszy się tuż przy idącej parze, pochylonej z lekka ku sobie, szyderczo odezwał się po francusku:
- A, powitać !. . Cóż to, Ola w pożyczanych szatach?...
Urwawszy w pół zdania rozmowę, idący podnieśli jednocześnie głowy, Ola zaś zarumieniła się nieco i odparła:
- A tak. Pożyczyłam okrycia u panny K... po zachodzie słońca tak chłodno...
- Można się było z góry tego spodziewać; bardzoś źle zrobiła, wyletniając się, a z odsyłaniem znów owych zarzutek kłopot tylko będzie! - rzucił Roman opryskliwie.
- Wiesz przecie, że jutro raniutko jedziemy! A te panie gdzież?...
Dwa ostatnie zdania wymówił Dzierżymirski po polsku tym samym, niezadowolonym wciąż głosem.
- Wstąpiły po drodze do znajomych - odparła Ola, onieśmielona nieco tonem męża.
- A... tak. No, to wracamy do domu! - zadecydował Dzierżymirski w tymże, co poprzednio języku, i odwrócił się szybko, pragnąc w duszy co prędzej pozbyć się towarzysza żony.