- No, to my - nie! - odparł z przyciskiem, całkiem seryo Roman, lodowatym głosem, i uchyliw­szy ledwo kapelusza, skinął na tramwaj elektryczny, by stanął.

- Wsiadamy! - rzucił krótko żonie.

- Przecież ten tramwaj do naszego hotelu nie idzie, a tylko w przeciwną stronę?! - zauważyła zdziwiona Ola.

- Nic nie szkodzi. Pozbędziemy się tego kul­fona!- odrzekł po polsku Roman. - No, wsiadaj!... - rzucił gniewnie do ociągającej się żony, i pchnął ją z lekka do czekającego na nich tram­waju.

W sekundę później Dzierżymirscy ruszyli; wehikuł elektryczny pomknął i znikł, odprowadzony osłupiałym wzrokiem Francuza, który, postawszy na chodniku chwilę, cały, jak burak, czerwony, ru­szył w drogę, i zginął niebawem w różnobarwnym tłumie.

Gdy w Lucernie odbywał się ten drobny epi­zod, jednocześnie prawie, szerokim ukraińskim trak­tem, w bezgwiezdną i ciemną noc wrześniową, pędził konno na oklep wyrostek, w burej świtce, trzymając w ręku smolne łuczywo, tak zwany ka­ganiec.

Krwawy blask jego rozświetlał panujące woko­ło nieprzejrzane ciemności, torując w ten spo­sób w ślad za jeźdźcem drogę małemu koczykowi, za­przężonemu w cztery bułane żwawe koniki. W powoziku siedział Bolesław Krasnostawski, otulony bur­ką i obłożony pakunkami. Jechał właśnie od kolei, a powracał z podróży swej do miasta.

Zabawiwszy tam, zamiast trzech dni, jak mu po­lecono, - dziesięć, dziś dopiero pośpieszał do swoich obowiązków, przez całą drogę łamiąc sobie właśnie głowę, jak upozorować przed starym Gowartowskim swą przydłużoną trochę nieobecność.

Bo zgoła nie interesy służby przytrzymały pa­na Bolesława w wielkim mieście; o, bynajmniej! Młody pan plenipotent wracał goły, jak święty ture­cki. Całkowitą, naturalnie że tylko własną, zarobio­ną gotowiznę przehulał bowiem tam doszczętnie.

A teraz na ostatek, jadąc w swoim koczyku, rozpamiętywał on jeszcze miło, na odległość nawet nęcące chwile, w wesołym grodzie spędzone... My­śląc zaś jednocześnie o swym chlebodawcy, jedna szcze­gólniej rzecz dziwiła go niepomiernie; mianowicie, dlaczego z Gowartowa nie otrzymał on dotąd wcale żadnej, naglącej do powrotu, depeszy, lub przynajmniej choćby jakiego listu ?... Bo że on nie dawał znaku życia - nie było w tem nic dziwnego - ale Gowartowski?... To zaiste, było całkiem niezrozu­miałem...