- To już Gowartów? - zdziwił się Krasno­stawski.

Jadąc do folwarku Tomaszówki, rezydencyi pa­na plenipotenta, przejeżdżało się pod sam Gowartów, oddalony ledwo od traktu o pół wiorsty.

Kocz Krasnostawskiego, podniszczony nieco i roz­trzęsiony, klekotał po drodze, konie szły raźno, wyciągniętym kłusem, czując snać w pobliżu już domową stajnię. Krasnostawski zapalił zapałkę i spojrzał na zegarek: dochodziła druga po północy.

- Hm... hm!.. Stary znów nie śpi, bo widocz­nie to we dworze się pali - ponownie mruknął, wpatrzony w gorejące w oddali podłużne wstęgi świateł.

- Koło hresta - stanesz! - rozkazał, zwracając się do furmana, zaciekawiony naraz, kto może jechać z Gowartowa o tak późnej porze?

Furman huknięciem donośnem zakomunikował rozkaz wyrostkowi z kagańcem.

Na rozdrożu stanęli. Ramiona stojącego tu, om­szałego starego krzyża, zabarwiły się od łuczywa purpurą. Czekali.

W nocnej ciszy dochodził już turkot powozu, tętent koni i dźwięk jazd zbliżał się szybko.

- Semen - Howartowskije koni! - nachyliw­szy się ku Krasnostawskiemu z kozła, furman pospie­szył z informacyą.

Pierwszy pod krzyżem zjawił się na rosłym sta­jennym kasztanie parobek, z kagańcem, a poznaw­szy gowartowskiego plenipotenta, uchylił pokornie czapki.