- Kto to jide? - rzucił pytanie Krasnostawski.

- Pan dochtór! - brzmiała odpowiedź.

Pod krzyż nadjeżdżała zaprzężona w parę ra­sowych gniadoszów nejtyczanka, powożona przez wąsatego i porządnie ubranego stangreta.

Krasnostawski wychylił się ze swego kocza, począł machać kapeluszem i krzyknął donośnie:

- A!... pan konsyliarz kochany!... Powitać, witać! Stój, Semenie!...

Nejtyczanka zatrzymała się posłusznie i w po­dwójnem migocącem świetle kagańców u rozstajnego drzemiącego krzyża, zeszło się dwóch mężczyzn.

- To pan? - Nie poznałem... - odezwał się na­zwany przez Krasnostawskiego konsyliarzem.

- Dobry wieczór, a raczej dzień dobry! - po­zdrowił młody człowiek przybyłego - bo to już do­brze po północy - dorzucił. - Czy szanowny pan z Gowartowa? Cóż to tak późno, ktoś chory, broń Boże, a może tylko z wincika?....

Z pod czapki spojrzała uważnie na Krasnosta­wskiego zdziwiona twarz doktora, okolona długą brodą.

- Jak to? To pan nic nie wiesz? - zapytał.