- Wracam z podróży... - objaśnił Krasno­stawski.

- Aaa! nic nie wiedziałem... Pan January, cho­ry od tygodnia, rozwinął się tyfus, o przebiegu sil­nym bardzo i niebezpiecznym... Poza tem kompli­kacye inne, nerwy et caetera... Teraz zresztą już lepiej... może Bóg da... doktór zatrzymał się.

- Ale, nie mówię panu, od czego się to wszy­stko zaczęło - dorzucił informująco.- Już był pono niezdrów, moralnie przynajmniej; wpadł, polując na moczarach, w wodę po szyję i zaziębił się...

- Nikt mi znać nie dał, mój Boże! - szczerze zasmucił się Krasnostawski. - Więc pan mówisz, że dziś lepiej?...

- O tyle, o ile!.. teraz śpi po lekarstwie, go­rączka spadła nieco, lecz wczoraj było źle bar­dzo; notabene, prócz klucznicy - staruszki, w całym domu nikogo nie ma przy sobie...

- Możebym ja pojechał tam teraz, do pana Januarego, na noc, co? - rzekł Krasnostawski, na do­bre zmartwiony.

Doktór przyjaźnie spojrzał na młodzieńca, uśmie­chnął się z dobrocią i rzekł:

- No, zmęczony jesteś, kochany panie, podróż, mości dobrodzieju, wspomnienia po niej miłe zapewne, panie tego - tu poklepał Krasnostawskiego po plecach. - Nie, nie potrzeba - ciągnął dalej seryo ­- wyśpij się pan i jutro tam pojedziesz, bo zresztą, mówiąc między nami, przeszkadzać tam tylko bę­dziesz... Niech śpi sobie, nieborak, klucznica i służba przypilnują go. Ba ! żeby to tylko zawsze tak było, jak dziś....

- Jak to? więc obawa jest jeszcze? - zaniepo­kojonym znów głosem zapytał Krasnostawski.

- Obawa jest, jeszcze! - przedrzeźnił szorstko doktór i widocznie nadrabiając miną, dorzucił. - Wam wszystkim się zdaje, że doktór to prorok!... Naturalnie, że jest!... Czy ja wiem zresztą - wszyst­ko w ręku Najwyższego - zobaczymy... No, tym­czasem dobranoc! - doktor wyciągnął rękę na po­żegnanie.