Krasnostawskiemu twarz spochmurniała, i niepokój wyraźny odbił się na niej; odczuł nerwami, czego nie było w słowach doktora i co on usiłował widocznie pokryć przed nim na razie, i posmutniał jeszcze bardziej.
Jednocześnie jakiś jakby wyrzut sumienia wezbrał mimo woli w jego duszy, iż on tak długo pozostawił starca w samotności, bez opieki, sam bawiąc się wesoło. Pożegnawszy lekarza, pomógł mu wsiąść do bryczki.
- Jakże tam zdrowie wszystkich u szanownego doktora, żony, dzieci?... - bąknął, aby coś powiedzieć.
- Dobrze, dobrze, serdecznie, dziękuję, dobranoc!
- Dobranoc! - powtórzył, jak echo, Krasnostawski, i ruszył do swego pojazdu.
- Czohoś meni ne skazał, szczo pan słabujut - rzucił wymówkę furmanowi.
Tenże odparł lakonicznie:
- Zabuł, pane!
- Do Tomaszówki! - rozkazał Krasnostawski.
Powozik ruszył w dalszą drogę. Turkot jego w milczeniu nocy połączył się z cichnącym coraz bardziej odgłosem kół i dzwonków nejtyczanki lekarza, a dwa kagańce, w dwie przeciwne strony, rzuciły znowu ruchome swe kręgi krwawe w pasmo uśpionych, kirem nocy pokrytych, obszarów. Oddalając się od siebie, długo tak na horyzoncie, malejąc coraz bardziej, świeciły ich łuczywa, aż wreszcie, zamigotawszy czas jeszcze jakiś purpurowymi punkcikami na niezmierzonych płaszczyznach - spełzły całkiem na widnokręgu, znikłszy, zlawszy się z ciemnością, która wchłonęła je w siebie.