Pierwszy z nastroju tego ocknął się Dzierży­mirski i spojrzał na zegarek. - O, już mija dwunasta! Chodźmy, moje życie! - odezwał się do Oli.

Powstali.

- Ach, jakże noc dzisiejsza jest piękną - jak piękną!.. - z zachwytem szepnęła Ola - nie zapomnę jej chyba nigdy.

- Ani ja również! - potwierdził Roman w za­dumie.

Wziął pod ramię żonę i ruszyli z miejsca, kie­rując się pod górę, ku rozsianym willom miasta.

Milczeli. W głowie Romana huczał chaos różno­rodnych myśli. Z nich zaś jedna, najuporczywsza, wyłoniła się zwycięska.

- Miłość, miłość raz jeszcze, i miłość tylko, jedyna, wielka! - krzyczał w nim głos podniecone­go mózgu - ocalić cię jest w stanie! W niej tylko znajdziesz zapomnienie, nią się upijesz, przy jej pomocy zmatujesz bolesną ranę przeszłości, zdusisz sumienia wyrzuty !..

- Bo miłość, to haszysz - wołał ten sam głos dalej - bo miłość, to szczęście na ziemi - to raj, to jedna rzecz z tych, tak rzadkich na świecie, dla której warto może walczyć i trudzić się, by ją zdo­być! - Ona częstokroć cierpieniem i rozczarowaniem tylko, lecz ileż razy bólów życia nagrodą - jego zapomnieniem!..

Dzierżymirski zdjął kapelusz z głowy, pod wpływem zaś myśli ostatnich, opiekuńczo i czule objął silnem ramieniem kibić żony.

Postępowali krokiem raźnym, idąc pustemi, ci­chemi uliczkami bezustannie pod górę. Roman odez­wał się po chwili: