Lecz oto nagle podskoczyli oboje. W zupełnej bowiem ciszy uśpionego domu, tuż po za ścianą sąsie­dniego pokoju, rozległy się silne uderzenia. Ktoś bez ceremonii walił w mur pięściami, chcąc widocznie zamanifestować swoją tam obecność, a zarówno i fakt że, hałasując, spać mu przeszkadzano.

Wkrótce jednak rozjątrzone uderzenia ustały i posypała się garść nieestetycznych, wyrażonych głośno i ze złością epitetów.

Tyle było bezwiednego komizmu w stukaniu tem i w poirytowanym głosie, zaspanym jeszcze, że Dzierżymirscy roześmieli się wspólnie i szczerze.

- To ta słodziutko-grzeczna rozwódka, podsta­rzała, pseudo - wielka pani, elegantka, wiesz .. co to przy obiedzie, siedzi koło nas - objaśniła półgłosem Ola - (w szwajcarskich hotelach-willach, zwanych "pensions," obiadują wszyscy razem).

- Tak?.. - zdziwił się Roman - nie wiedzia­łem... A to oryginał baba, naturalnie, nie przypusz­cza zapewne, iż my tu mieszkamy... Złapała się... Jak to jednak i pozory fałszywej układności zdra­dzają częstokroć to zwierzę, ukryte w człowieku - filozoficznie dorzucił. - Ale, ale... - ciągnął dalej, z uśmiechem - wyobraź sobie, Oluniu... Zapomnia­łem ci powiedzieć. Tu, na górze nad nami - wskazał sufit palcem i roześmiał się - mieszka drugie dziwadło: Pamiętasz... ta mała, nasze vis-a-vis, żół­ta stara panna... Otóż wynajmuje ona aż pięć pokoi próżnych naokoło siebie, a wiesz dlaczego? - Tu Ro­man po raz drugi głośniej jeszcze parsknął śmie­chem. - Żeby jej w nocy nie hałasowano! Mądrzejsza od naszej sąsiadki, co?...

Ola zaśmiała się z kolei srebrzyście. Słuchając męża, zdjęła właśnie przed chwilą suknię, i siadała obecnie przed lustrem, z obnażoną szyją i ramionami. Pragnąc rozczesać włosy, przechyliła się w tył i po­częła rozwiązywać je leniwym ruchem rąk.

- Poczekaj - rzucił żywo Dzierżymirscy - damy tej babie odpowiedź muzyką całusów!.. Przy­pomni sobie może luba rozwódka małżonka!.. Ha-ha­ha, a to się wściekać dopiero będzie!..

I swawolnie, ze śmiechem, Roman przylgnął wargami do ramion Oli, i począł całować je głośno, cmokając z lubością.

- Ohe!.. la - bas!.. On dort ici!.. - rozległ się po chwili za ścianą gardłowy, świszczący glos, pełen nienawiści i jadu.

- Buch! buch! buch! - rozległy się znów w pa­syi uderzenia o mur wściekłe.