- Idę... idę! - odparł pośpiesznie i rzuciwszy cygaro, przestąpił próg balkonu.
Światło w pokoju zgaszonem już było. Tajemnicze natomiast błękitno-srebrne księżycowe fale zalewały komnatkę, a w półświetle tem majaczyła postać Oli i bielały alabastrowe jej ramiona.
Dzierżymirski, wchodząc, chciał przymknąć za sobą obite szarem suknem balkonowe okiennice.
- O, nie... nie zamykaj !.. Tak ładnie księżyc świeci, tak ślicznie!.. - posłyszał w tejże samej chwili prośbę Oli. Roman usłuchał, a zamknąwszy tylko szczelnie okienne ramy balkonu, skierował się szybko w głąb pokoju.
***
Jeszcze we mgłach wczesnego poranku drzemały góry, jezioro i niezbudzone, senne miasto Vevey, gdy do drzwi pokoju Dzierżymirskich zapukał ktoś dyskretnie.
Roman, który obserwował właśnie przez okna mglisty krajobraz, na ten odgłos zerwał się pośpiesznie. Odziawszy się szybko, nie pytając przez drzwi głośno, kto zacz, by nie zbudzić Oli, skierował się ku wyjściu z komnaty... Otworzył drzwi cicho...
- Bonjour, monsieur! - pozdrowiła go, przeciągając śpiewnie, wpółubrana, uśmiechnięta wstydliwie, młoda Szwajcarka, i podała jakiś papier.
- Co to jest? - z cicha pytająco rzucił po francusku.
- Telegram! - brzmiała odpowiedź.