Umilkł znów Gowartowski blady i zmęczony, a po chwili kończył:

- Ten ostatni, późniejszy, napisałem w chwili nierozumnego gniewu... Jest w mojem biurku, szuflada lewa, na wierzchu... Podrę go!..

Tu pan January, oswobodziwszy się od podtrzy­mującego go ramienia Krasnostawskiego, opadł na poduszki wycieńczony.

- Czy przynieść mam ten testament? - poddał Krasnostawski.

Ojciec Oli Dzierżymirskiej przyzwalająco skinął głową i słabym ruchem ręki poruszył kluczyk od szufladki stojącego obok łoża stoliczka.

Krasnostawski zrozumiał. Wysunął szybko szu­fladę, wziął stamtąd pęk kluczy i oddalił się cicho.

Blady, oddychając ciężko, w oczekiwaniu mło­dego człowieka, odpoczywał Gowartowski... W ciszy głuchej minęło z dziesięć minut. Na progu wreszcie ukazał się Krasnostawski, trzymając w ręku dużą kopertę.

Na jego widok pan January gorączkowo, o wła­snych siłach, uniósł się na posłaniu i wyciągnął rękę po testament.

- Dziękuję... - wyszeptał.

Odebrawszy zaś od Krasnostawskiego kopertę, otworzył ją drżącą ręką, wyjął arkusz papieru, znajdujący się tam i rozerwał zwolna na cztery części. Potem włożył na powrót do koperty zniszczony test, a­ zwróciwszy się do Krasnostawskiego, głosem dziwnie dźwięcznym, stanowczym, wymówił: