- Oddasz to jej... Oli - i umilkł, opadłszy znowu na poduszki.
Młody plenipotent machinalnie wziął kopertę schował ją do kieszeni surduta. Wpatrzony w starca, na którego twarzy igrał w tej chwili jakiś pełny dobroci uśmiech, blady, tkliwy - milczał wzruszony, a dwie łzy nieposłuszne zakręciły mu się w oczach.
Głosem cichym, jakby dogasającym, mówił tymczasem jeszcze pan January:
- Nie zapomnij oddać... Pamiętaj!.. - urwał, a po chwili:
- Powiedz... także Oli... że przebaczam... jej... i... jemu!..- dokończył z trudnością, w wysiłku ostatnim i z wypiekami na twarzy, trupio blady, umilkł...
Paląca się u obrazu Matki Boskiej nad łóżkiem, z czerwonego szkła, lampka rzuciła w tej chwili promień jasny na oblicze starca...
W zmierzchu idącego wieczora twarz Gowartowskiego zajaśniała jakimś nadziemskim jakby wyrazem szlachetnej dobroci... Krasnostawski jednocześnie poprawił poduszki u łoża i pochylił się nad chorym, zdało mu się bowiem, iż tenże porusza ustami.
Rzeczywiście. Niedosłyszalnym, urywanym szeptem młody człowiek posłyszał jeszcze:
- Dziękuję... tyś dobry!.. Mówić już... więcej... nie... mogę...
Poruszony słowami chorego starca, zdenerwowany, wzruszony odstąpił od łóżka Krasnostawski i przygnębiony, usiadł w fotelu.