Jakby w odpowiedzi jednocześnie do pokoju wpada wyraźnie oddalony jeszcze nieco dźwięk dzwon­ków, i zgłuszony gdzieś po sioła drodze, daleki tę­tent i turkot kół powozu.

I w ślad za tem szeptem na pytanie pana Emi­la odpowiada Krasnostawski.

- Ze stacyi konie wracają... O ile wzrok mnie nie myli, ktoś jest w faetonie... Zdaje mi się, że to - oni...

Ładyżyński, słuchając go uważnie, już powoli powstał był z klęczek.

- Może szanowny pan dobrodziej będzie tak łaskaw wyjść na ganek - ciągnie dalej Krasnostaw­ski. - Panią marszałkowę - tu zniża głos jeszcze bardziej - fatygować nie wypada... Ja zaś pana Dzierżymirskiego nie znam... A tu, do wiadomości zgonu...

- Tak, tak! - przerywa pan Emil, - dobrze, mój panie, idę... Ale prawda - zatrzymuje się - trzeba uprzedzić marszałkowę, bo się biedaczka wy­straszy.

Ładyżyński pochyla się ku klęczącej pani Mela­nji i szeptem coś jej przekłada.

Wpółprzytomnie słucha go marszałkowa War­nicka, po chwili zaś wstaje i ze smutkiem bezbrzeżnym, wzdycha kilkakrotnie...

Jednocześnie dwaj mężczyźni wychodzą szybko, oddalony bowiem przed chwilą jeszcze turkot pojaz­du wstrząsa już oto murami domu i powóz snać zajeżdża śpiesznie na dziedziniec. Odgłos dzwon­ków donośnie przerywa martwą ciszę... Powóz staje.

A następnie, aż tu, popod stopy umarłego czło­wieka niewyraźne jakieś zgłuszone dochodzą głosy i szmery...