Nagle, o milczące ściany pałacu obija się krzyk kobiecy bolesny, straszny, oraz stłumiony jeszcze oddaleniem jęk rozpaczliwy. W ślad za tem rozlegają się kroki, coraz szybsze, bliższe, a później już całkiem donośnie tym razem, szelest sukni i łkanie.

Jeszcze chwila...

I cisza pokrytego kirem, tonącego w słońcu i gromnic świetle, zakątka, sfinksowy, dumny maje­stat śmierci brutalnie przerywanym zostaje.

Drzwi roztwierają się nerwowo, ruchem gwał­townym, od silniejszego prądu powietrza gaśnie przy katafalku świec kilka, i do pokoju wbiega ubrana w podróżne szaty, płacząca Ola...

Za nią, ukazuje się śniade spokojne oblicze Dzier­żymirskiego i wytworna sylwetka jego.

Jednocześnie murami komnaty wstrząsa krzyk bólu, rozpaczy, a zarazem hałas drugorzędny jakiś, inny...

To Ola już na kolanach... Obejmuje ona ra­mionami zimne, martwe ciało rodzica, odtrąciwszy równocześnie niebacznie przeszkadzające jej wysokie srebrne lichtarze, z chrzęstem padające w tej samej chwili na ziemię...

Ktoś schyla się pośpiesznie i opodal ustawia je ponownie...

Tymczasem krzyk beznadziejnego cierpienia wy­dziera się z ust Oli.

- Tato !... tatusiu !.. przebacz!.. - woła mło­da kobieta, płacząc, wijąc się z rozpaczy. - Oj­cze!.. ojczulku!.. przebacz!.. - kończy w łkaniu, szlo­chając.