W promieniach radosnych jesiennego słońca, w ciszy, grającej tylko poważnym szumem drzew ogrodu - w chwilowym nieładzie wpół przygasłych świec i poodsuwanych kwiatów, niewzruszony w swym majestacie śmierci - umarły pozostał sam.

***

Od pogrzebu Januarego Gowartowskiego minę­ło dni kilka.

W pogrążonym już we śnie pałacu w Gowarto­wie paliło się jeszcze światło w jednym pokoju, rzucając w noc ciemną promień jaskrawy przez okien­ne szyby.

W kancelaryjnym gabinecie dawnego pana, a dziś sypialni nowego dziedzica, Dzierżymirskiego, on sam, znużony dniem minionym, a nader dlań obfitym w niezwykłe zdarzenia, kładł się do snu i z wolna rozbierał leniwie.

Na stoliku obok łóżka stała odkorkowana bu­telka szampana i kieliszek wysoki, z kryształu, oraz odemknięte pudełko cygar.

Roman po chwili zapalił jedno z nich, nalał sobie wina i wypił haustem jeden kielich, poczem zmęczony, wsunąwszy się pod kołdrę, zgasił światło.

Odetchnął parę razy głośno, z ulgą, przeciągnął się, aż zatrzeszczało staroświeckie łoże, ziewnął sma­kowicie, zaciągnąwszy się zaś wyborowem cygarem, myśleć począł o ukończonym dniu dzisiejszym, a prze­łomowym w dotychczasowem życiu jego.

Dziś to bowiem odbyło się otwarcie testamen­tu nieboszczyka.

Stosownie do woli zmarłego, córka jego stawa­ła się jedyną spadkobierczynią kilkakroćstotysięcznego majątku...