Dzierżymirski powtórnie wyciągnął się z lubo­ścią w szerokiem, szeleszczącem pościelą łożu.

- Tak, kilkakroć-stoty-sięcz-nego... - szepnął do siebie z zadowoleniem. Uśmiechnął się... Dwa dni temu jeszcze, jadąc tu, a przeczuwając zgon ojca Oli, - był pewnym niemal, iż on córkę za nieposłuszeństwo wydziedziczył.

Już dnia następnego po przybyciu do Gowarto­wa przyjemnie bardzo rozwiały się jego trwogi; wzruszonej opowiadaniem o ostatnich chwilach pana Januarego córce, w obecności Romana, wręczył był Krasnostawski podarty własnoręcznie przez umiera­jącego ojca testament.

On zaś, pomimo to, wątpił jeszcze... Bał się otwarcia ostatniej woli nieboszczyka, złożonej oficyalnie u notaryusza; i tutaj zdawał się przeczuwać pod­stęp jakiś może i przykrą niespodziankę.

Dziś wreszcie pierzchły bezpowrotnie niepokoje ostatnie. Z nią uciekał również strach bliskiego bezpieniężnego jutra, które czekało nań, czyhało z wydaniem ostatnich paru tysięcy, pozostałych z poprzedniej fortunki, życiem nad stan przez lat trzy lekko­myślnie wydanej.

Tu Dzierżymirski uśmiechnął się szydersko.

Nie, stanowczo, pieniądz do niego się garnie!.. Ten, który posiadał dotąd, choć wygrany, palił go częstokroć, pomimo wszystko, przypomnieniem prze­szłości. Sofizmatami wtłumiał w siebie wspomnienia gryzące, lecz jednocześnie i instynktownie jakby roz­rzucał, pozbawiał się grosza, tam, gdzieś na dnie du­szy własnej, choć nie przyznawał się pozornie do te­go, rad nawet będąc, iż złoto wątpliwe szło - nikło...

Jakby otrząsając się z tego samopoczucia, Dzier­żymirski poruszył się niespokojnie i powrócił myślą do teraźniejszości miłej.

On i Ola - wszak to jedno. Dziś zatem, po­mimo praw miejscowych, de facto, stawał się panem okazałej i pańskiej, własnej fortuny.

I pokryta, stłumiona ważnością chwili, smutkiem Oli, oraz całego domu - przez dzień cały - teraz do­piero, w ciszy uśpienia pałacu, w czterech ścianach sypialni, rozsadzać poczęło Dzierżymirskiemu piersi egoistyczne zadowolenie wewnętrzne.