Wziąwszy zaś jeszcze pod uwagę uśpiony wyrzut sumienia i chęć zmazania plamy z własnej uczciwości - przyszłość ta, przed chwilą jeszcze wymarzona, idealna... już teraz przed wzrokiem Romana pokrywała się cieniem.
Samowiedza powyższa pokryła chmurą na chwilę piękne rysy Dzierżymirskiego.
- Ha!.. zobaczymy!.. - rzekł zupełnie głośno, a wypiwszy do końca szampańskie wino, postawił kielich na stole tak silnie, że lejkowaty, delikatny, prysł on i szczątki kryształu upadły z brzękiem na ziemię.
Pierwszym ruchem pana na Gowartowie było sięgnięcie po zapałki, myśl zaś zapalenia świecy, by zebrać szkło stłuczone, przemknęła mu przez głowę.
Powstrzymał się jednak i mruknął zcicha:
- Po co? Mam przecie na zawołanie kamerdyra i dwóch lokai... Sprzątną jutro...
Poczem, znużony myślami, przytulił głowę do poduszki, usiłując zasnąć.
--------------
CZĘŚĆ DRUGA
Była wiosna...