- Przepraszam pana!.. - rzucił Roman gościo­wi swemu - pan pozwoli, nieprawdaż? - i rozer­wał kopertę przyniesionego pisma.

Spojrzał na ćwiartkę papieru formatu handlowego, z kilkunastoma tylko wierszami, pisanymi czytelnie na maszynie, i kilkoma hieroglifami podpisów.

Lokaj znikł tymczasem, a, jednocześnie Dzierży­mirski, skończywszy czytanie, ponownie zwrócił się do gościa swego, lecz i tym razem znowu przeszko­dzono mu.

Ktoś pukał do drzwi dyskretnie.

- Proszę!.. - rzekł Roman głośno.

Drzwi roztworzyły się szybko. Do gabinetu wszedł młodzieniec bardzo wysoki, ubrany modnie, o powierzchowności wytwornej i pańskiej, oraz ruchach naturalnych, swobodnych, nerwowych nieco tylko i zbyt prędkich.

Przeprosiwszy pośpiesznie siedzącego przemy­słowca, Dzierżymirski zerwał się na widok wchodzącego.

- Pardon... mille fois... pardon!.. Kochany pre­zesie, słówko tylko jedno - mówił już tymcza­sem przybyły, a ujrzawszy powstającego instynktownie gościa, dość grzecznie rzucił w jego stronę.

- Przepraszam bardzo, stokrotnie... pana... se­kundę tylko!.. - ująwszy zaś ramię Dzierżymirskie­go, nachylił się ku niemu, odprowadził dalej nieco i półgłosem mówić począł coś, z żywością i gestykulacyą, stojąc z nim razem pośrodku gabinetu.

Po chwili, odprowadzony aż do drzwi, z aten­cyą wyraźną, pożegnał się serdecznie z Romanem i zniknął za portyerą i drzwiami.