Przed nim stała kobieta lat pięćdziesięciu mo­że, o znękanych rysach, ubrana nieco z staroświe­cka, dość zresztą poza tem układnej powierzchow­ności.

- Niech pani spocznie, proszę... za chwilę słu­żę! - rzekł uprzejmie i począł pisać znowu.

- Doprawdy nie rozumiem sama, jak ośmie­liłam się przyjść tutaj, ale szlachetność, zacność szanownego prezesa... - usłyszał znowu Roman.

Niecierpliwie tym razem wzniósł na przybyłą spoj­rzenie i przerwał jej grzecznie, lecz sucho:

- Przepraszam. Jak widzi szanowna pani, chwi­lowo zajęty jestem... Wszak pani nie pilno?..

- O, nie... przeciwnie... Tylko...

Roman spuścił oczy i myślące czoło, oraz począł pisać dalej, najspokojniej w świecie. W poko­ju zaległo milczenie, przerywane li tylko zgrzytem pióra po papierze.

Gdy Dzierżymirski list skończył, podniósł ma­chinalnie oczy na nieznajomą.

Uśmiechnął się mimo woli; spotkał się bowiem z dziwnie zabawnym i uszczypliwym wyrazem jej twarzy, oraz wejrzeniem złem i jakby obrażonem, które pod niespodzianym wzrokiem jego złagodniało jednak natychmiast, przeistoczyło się w słodkie i po­tulne, jak u baranka.

Zaadresowawszy list, Dzierżymirski zadzwonił na lokaja. Gdy ten się zjawił, polecił mu odesłać pismo natychmiast.