- Czy jest kto? - zapytał.
- Pan hrabia z Melsztyna... Czeka w salonie - brzmiała odpowiedź.
- Powiedz, że przepraszam, i za chwilę go proszę! - rozkazał Roman, gdy zaś lokaj znikł za drzwiami, uprzejmie z kolei zwrócił się do nieznajomej.
- Słucham panią... Czem służyć mogę?
Przybyła poprawiła się na krześle, zrobiła minę słodszą jeszcze, i zmieszana nieco przemówiła:
- Mój mąż, znając tak dobrze szanownego pana prezesa, tak często wspominał mi o jego szlachetności, zacności, dobrem sercu, że... - tu przerwała na chwilę, widząc zdumioną minę Dzierżymirskiego, poczem ciągnęła znów dalej, straciwszy widocznie wątek poprzednich myśli, bo nie dokończyła już poprzedniego zdania:
- Mój mąż, Nepomucyn, zawsze mawiał mi takich ludzi potrzeba nam więcej, jak prezes Dzierżymirski; ludzi hartu, żelaznej woli, inteligencyi rzutkiej, prawości charakteru... O, mój mąż bardzo, bardzo cenił pana prezesa... - i zawikławszy się ponownie w wygłaszane przez się pochwały, nieznajoma zatrzymała się chwilę.
Dzierżymirski, zniecierpliwiony nieco, skorzystał skwapliwie z przerwy.
- Przepraszam panią - spytał grzecznie - jak godność i imię męża pani? Czy żyje?...
- Nepomucyn Wygrzywalski - odparła zapytana - zmarł rok temu... Świeć, Panie, nad jego duszą! - westchnęła.