Dzierżymirski zmarszczył brwi i zamyślił się chwilę.

- Nie przypominam sobie, bym miał przyjem­ność znać osobę tego nazwiska... - wycedził z wolna.

Z pod uśmiechniętych słodkawo i mile, siłą woli ułożonych rysów przybyłej, błysło ku Romano­wi urażone i groźne spojrzenie.

- Jak to ? - odezwała się obrażonym nieco i kwaskowatym jakby tonem. - Być nie może ?.. Pan prezes chyba przypomnieć sobie tylko nie raczy...

- A jak dawno? - łagodniej nieco przemówił Dzierżymirski. - I ile razy - słowa ostatnie pod­kreślił, uśmiechnąwszy się ironicznie - widział mnie mąż pani?

- O! kilka razy zaledwie miał sposobność...­ - pośpieszyła z odpowiedzią przybyła. - Dwa, trzy może... Ale widzenie się to było dlań przyjemnem nad wyraz - utkwiło mu w pamięci...

- Ach, mąż mówił mi tyle razy - ciągnęła da­lej słodkawo, z wymuszonym okolicznościowym uśmiechem, - że, naturalnie, poza zasługami społeczne­mi, tak przyjemnego, sympatycznego, miłego człowie­ka, jak pan, nie znał był dotąd, i dla tego też my­ślałam, że i pan prezes... - tu urwała swe przemó­wienie pani Wygrzywalska, śledząc na twarzy Roma­na wrażenie słów swoich.

Ten jednakże, zrażony nieco rzucanemi mu w twarz ni przypiął, ni przyłatał, pochlebstwami już powtórnie, i całkiem notabene, niezręcznie, odrzekł zimno:

- O, proszę pani... Ja widuję po trzydzieści, czterdzieści interesantów dziennie... Połowa z nich nieznaną mi bywa zazwyczaj - liczbie tych więc znajdował się zapewne mąż pani... Dlatego też nie przy­pominam go sobie.

Jak pocisk zjadliwe tym razem i całkiem już obrażone uderzyło w lica Dzierżymirskiego spojrzenie pani Wygrzywalskiej.