Ożenił się bez majątku... No, a gdyby tak on, Roman Dzierżymirski, zgrzeszył był idealizmem, i biedak, ale nieposzlakowany, uczciwy, pozbył się przed laty nietkniętych banknotów i ożenił się następnie z jaką dziewczyną zupełnie biedną ?..

- No, w każdym bądź razie, jakoś dałbym tam sobie radę! - odpowiedziało coś butnie w duchu Roman natychmiast. - Posiadam hart, wolę, rozum, rzutkość, dar oryentowania się trafnego, i spryt - to wiele; a on? Szlachetny, zdolny, lecz jednak tro­chę... głupi!

- Ale czysty ! - ukłuło coś, jakby żądłem Romana. Spuścił głowę i słuchając dalej losów ko­legi Zielińskiego, mówił sobie zarazem:

- Jednak pomóc trzeba... należy. Dla wspo­mnień, no, i dla zasady.

Gdy zaś dawny towarzysz mówić już przestał, odezwał się z kolei:

- Więc życzyłby pan sobie otrzymać zapewne miejsce na kolei, gdzie jestem prezesem... Niestety, nie mogę, postanowiłem bowiem podczas całego trwania tam moich rządów, od siebie nie narzucać nikogo... Ale mógłbym pomieścić pana gdzie indziej. W Banku Handlowo-Przemysłowym, na przykład, na­leżę do zarządu... Czy znane są panu: rachunkowość kupiecka, buchalterya i języki obce biegle, jak fran­cuski, niemiecki, a może i angielski`?..

- Niestety, nie! - odparł Zieliński. - Facho­wego wykształcenia nie posiadam, gimnazya klasy­czne zaś i wydział prawny uniwersytetu nie wyszkoliły mnie dostatecznie w żadnym z nowożytnych języ­ków europejskich... Co innego grecki i łacina... Co się zaś tyczy rachunkowości, poza arytmetyką i matematyką wyższą, t. j. algebrą, geometryą, trygonomet­ryą, inną służyć nie mogę...

I machnąwszy przy tych słowach ręką, w znie­chęceniu, młodzieniec, westchnąwszy smutnie, dodał.

- Zresztą, panie prezesie, mówiąc szczerze całkiem, przekonywam się teraz coraz bardziej, iż szko­ły nie dały mi zgoła żadnej nauki życiowej i pra­ktycznej.

- Ma pan słuszność, zapewne... - potwierdził Roman. - Niedaleko, szczególniej przy obecnej nadprodukcyi w naszem mieście ludzi fachowych, zajechałbyś pan ze swym dyplomem, ale nie martw się pan... Spotkałeś mnie na swej drodze. Ja zaprote­guję pana po pierwsze w imię lat dawnych, po drugie, że należysz pan, jak widzę, do prawdziwie potrzebujących pracy! - ostatnie słowa silniej zaakcentował Dzierżymirski. - ­Czy ładny i czytelny masz pan charakter pisma?