Zieliński dostrzegł ruch jego.

- O! to niedługo potrwa! - pośpieszył z za­pewnieniem.

- Nic nie szkodzi, proszę bardzo... - odparł Roman. - O pierwszej mam ważną sesyę, a że wyjeżdżam już za dni parę, obecność moja jest tam bez opóźnienia konieczną. Ale... słucham pana... - po­wtórzył znowu uprzejmie.

- Otóż więc, streszczam - rzekł Zieliński.

- Życie moje odmiennem potoczyło się kory­tem od życia pańskiego, a nawet Zboińskiego Jana. Pan - nie ma co mówić o tem ; całe miasto godzi się jednogłośnie, że o zdolniejszego i bardziej wpływowego zarazem człowieka u nas trudno... Zboiński jest lekarzem na prowincyi i wiedzie mu się niezgo­rzej, a ja... - tu Zieliński zatrzymał się chwilę - zostałem za wami, panowie, w tyle, o, bardzo w ty­le nawet!... Dlaczego? któż odgadnie ?.. Zdawałoby się, że los nie poskąpił mi zdolności; szkoły ukoń­czyłem, z medalem, prawo, z odznaczeniem, ale, nie­stety, los nie obdarzył mnie szczęściem do życia! - Młody człowiek znowu, wzruszony jakby mimowolnie, mówić przestał.

- Trzy lata temu - ciągnął dalej niebawem - ożeniłem się z miłości, bez grosza... - rysy, dość regularne Zielińskiego ożywiły się promieniem wewnętrz­nym - kochałem ją, tę moją Maniutę, tak, jak kocham ją do dziś dnia jeszcze, choć jak nie miała, tak i nie ma ani szeląga posagu!.. Obecnie mam troje drobiaz­gu... - tu z kolei twarz gościa Romana zasępiła się smutnie, zatrzymał się, jakby trudno mu było wy­krztusić resztę, czoło zaś białe pociemniało mu od rumieńca - jednem słowem - dokończył - w domu u mnie - nędza!..

Umilkł, nie podnosząc oczu. Po dłuższej chwili, ciągnął:

- Pomny naszej dawnej znajomości, przysze­dłem tu, do pana prezesa, z pokorną prośbą o posa­dę, o pracę, choć byle jaką, ale - płatną, o zarobek, bo jałmużny nie zwykłem przyjmować!.. Byle z głodu nie umrzeć... byle osłodzić życie tej kobiecie, która mnie kocha, a której doli dotąd w żadny sposób ul­żyć nie mogę!.. - wyrzucił z siebie z mocą.

Zamilkł i wstydząc się jakby słów własnych, nie podnosił już wcale oczu na Romana.

Dzierżymirski zaś z kolei przez czas ten cały śledził słowa i grę fizyonomii Zielińskiego, a w my­ślach jego równocześnie stanął wyraźnie kontrast ra­żący, pełny ironii, między życiem jego, a życiem tego oto Hermana, znanego mu dobrze, jako najzdolniej­szego studenta uniwersytetu - z przed laty... Stanowczo nie popłaca być idealistą!