- Witam i przepraszam... Pamiętam te czasy doskonale, tylko pan zmieniłeś się do niepoznania. Cóż Zboiński, cóż pan - porabiacie teraz?.. Niechże pan spocznie, proszę bardzo... - dorzucił Roman łaskawie i swobodnie, teraz bowiem panował już całkiem nad sobą.
Zieliński, poznany, usiadł i ośmielony odparł:
- Cieszy mnie niewymownie, że pan przypominasz sobie lata owe.. Dla mnie, wyznać muszę, okres ten cały życia mego stanowi przyjemne nader wspomnienie - urwał, i uśmiechnąwszy się ironicznie, zachowując jeszcze swój ton sprzed chwili, dorzucił dobitnie:
- Ba, dawniej przecie my ze Zboińskim, we trójkę, mówiliśmy sobie "ty" nawet!
- Cóż pana obecnie do mnie sprowadza? - przerwał Dzierżymirski pośpiesznie, niechcący jakby, puszczając mimo uszu ostatnią uwagę.
- Rad jestem niezmiernie z widzenia się naszego, z przyjemnością usłużę, jeśli będę mógł to uczynić...- dodał jeszcze, jak mógł najprzychylniej.
Choć zmrożony nieco początkiem zdania, Zieliński spojrzał przyjaźnie na Romana, poczem odezwał się:
- Dziękuję, i zobowiązany jestem panu bardzo, bardzo, panie... prezesie!., - uśmiechnął się znowu,
z goryczą - początkowo jednak winienem w krótkich słowach objaśnić go nieco o położeniu mem obecnem.
- Słucham - przerwał szybko Dzierżymirski i spojrzał na wiszący mały zegarek, wskazujący w tej chwili trzy kwadranse na dwunastą.