Dzierżymirski, pochylony nad grubą księgą, której cyfr i kolumn ich nie widział zgoła - pogrążonym się ciągle być zdawał całkowicie, w rachunku i pracy.
Milczenie zupełne - panowało w pokoju, w ciszy zegar wydzwonił niebawem godzinę wpół do dwunastej. Roman się ocknął; zostawało mu już tylko pół godziny czasu. Uczynił nad sobą wysiłek i głosem spokojnym zupełnie przemówił obojętnie:
- Z kim mam przyjemność i czem służyć mogę?..
- Herman Zieliński. Czy pan.. prezes naprawdę mnie sobie nie przypomina? - odparł młody człowiek dobitnie.
Dzierżymirski zawahał się chwilę.
- Zielińskich znam wielu - rzekł z wolna - nazwisko pańskie ma przedstawicieli tak licznych... Zresztą... może... Przykro mi bardzo, lecz doprawdy nie przypominam sobie...
- Ja za to - odpowiedział młodzieniec, akcentując silnie słowa - przypominam sobie aż nadto dobrze... Poznaliśmy się przed laty siedmiu; ja, pan i Jasio Zboiński stanowiliśmy przez czas jakiś nierozerwalną nawet trójkę. Potem... pan przestałeś stopniowo nas poznawać... Kolej to zwykła rzeczy świata tego, prawo ludzkie - być może... Pan wznosiłeś się po drabinie społecznej wysoko, my ginęliśmy w cieniu... Pan dosięgłeś jej szczytów obecnie, my, to jest ja, zostałem u jej podnóża...
Zatrzymał się w przemówieniu swem młody człowiek, po chwili zaś dodał; z goryczą:
- Jednak... myślałem, że pan... prezes, pomimo to, raczy mnie sobie przypomnieć. Cóż robić - omyliłem się!.. - młodzieniec powstał, gotów do wyjścia.
- Ale cóż znowu !.. - wykrzyknął słuchający go dotąd w milczeniu wahającem się Dzierżymirski, a zarazem, powstawszy śpiesznie z miejsca, przyjaźnie wyciągnął rękę ku przybyłemu.