Zaczytany, nie spostrzegł był Roman, że na środ­ku pokoju od pewnego już czasu stał młody człowiek, lat około trzydziestu pięciu, i patrzył nań upor­czywie.

Pod siłą tego wzroku podniósł oczy Dzierżymir­ski, a ujrzawszy przybysza zbladł; poznał go bowiem od razu, nie dał jednak poznać tego po sobie, nie podniósł się z miejsca nawet, a tylko ruchem ręki obojętnym wskazał krzesło.

- Proszę pana... Przepraszam... za chwilę... Nieznajomy zarumienił się, nie rzekłszy nic je­dnak, usiadł pokornie na koniuszczku stołka, Dzier­żymirski zaś sięgnął po jakieś księgi, leżące - opodal i zagłębił się w nich, ze skupieniem.

Ale tylko na pozór... W rzeczywistości zaś po­trzebował czasu, by ochłonąć z doznanego przed chwilą wrażenia.

Przed nim znajdował się towarzysz, niewidzia­ny już od lat siedmiu - jeden z dwóch pierwszych ludzi, z którymi się był zbratał, przyjechawszy nie­gdyś do kraju sam, nieznany i biedny!..

I nagle, wywołane przypomnieniem, stanęły mu w myśli jasno te chwile dawne !.. Ukazała mu się żywo w wyobraźni straszna noc moralnego przeło­mu jego życia, noc udręczeń w izdebce na poddaszu - noc walki z uczciwością z jednej strony, a nędzą, ułudą miłości, pragnieniem życia - z dru­giej!...

Wszak siedzący oto teraz przed nim młody czło­wiek był jednym z tych dwóch właśnie, którzy, gdy on nurzał ręce w kuszącem go swą potęgą złocie, stukaniem nagłem we drzwi ­izdebki wstrząsnęli nim tak silnie...

I Roman, przebiegając spojrzeniem w duchu to wszystko, mówił do siebie jednocześnie:

- Dziwnem jednak jest to życie nasze... O, jakże dziwnem !.. Gdyby nie to złoto, a później Mon­te Carlo, Ola i śmierć jej ojca, oraz dziedzictwo po nim, nie byłbym przecie nigdy tem, czem dziś jestem!..

Przepastna ironia - koło bez wyjścia!..