- O, łaskawa pani ! Adresem zupełnie dosta­tecznym będą dwa słowa : "R. Dzierżymirski." Żegnam panią... - tu powstał z siedzenia i skłonił się z daleka.

Pożegnany z kolei ukłonem sztywnym nieco od­chodzącej "pseudo-arystokratki", Dzierżymirski zwró­cił się do lokaja:

- Jest kto? - zapytał.

- Jakiś pan powiada, że jaśnie pana zna da­wno, chce się widzieć koniecznie.

- Jak wygląda?

- Taki sobie... nie bardzo pokaźny...

Codziennie, od dziewiątej do dwunastej z ra­na, każdy miał wstęp wolny do "pana prezesa". Dzierżymirski nie odstępował nigdy od powziętej raz reguły, tym razem więc zarówno rzucił obojętnie:

- Proś!..

Sam zaś do biurka zasiadł, by skończyć czytanie biletu hrabiego z Melsztyna.

Minęło parę minut.