- Que diable, je ne suis pas venu ici pour garder l'antichambre...
I jednocześnie posunął się zręcznie naprzód, potrąciwszy zaś lekko po drodze swej paru sąsiadów, rzucił, z wytwornym ukłonem, kilka: "Pardon", w rezultacie jednak znalazł się zaledwie o parę kroków naprzód.
Popatrzył znowu przed siebie, wspiąwszy się na palce.
- Ach, przecież choć jeden!.. - szepnął z ulgą, tym razem już po polsku, dojrzał bowiem właśnie poznanego w przeddzień Emila Ładyżyńskiego.
Rzuciwszy po francusku parę ugrzecznionych przeproszeń, młodzieniec postąpił znów kroków kilka, aż stopniowo, przepraszając dalej bezustannie, zdołał dotrzeć do Ładyżyńskiego.
Ten już go był zoczył. Podali sobie ręce, witając się uprzejmie.
- Eh bien, chčr comte - zagadnął, z uśmiechem pierwszy pan Emil - jakież wrażenie z rautu "koroniarzy?.." Trudno się dostać, co? Et, ce qui touche, gospodarza, prezesa, vous ne le verrez probablement pas, bo jest akurat pod przeciwnym biegunem.
- A ja właśnie muszę, bo go nie znam. Pani Dzierżymirska była tak bardzo uprzejmą zaprosić mnie, bo złożyłem jej wizytę, lecz prezesa, jako nader zwykle zajętego podobno, nie widziałem...
- Ba... ba... c'est simple - potwierdził Ładyżyński - nasz prezesunio jest to człowiek, który jest wszędzie, ale nigdy u siebie w domu... Voulez - vous, przedstawię pana. W drogę zatem... Płyńmy, płyńmy, póki czas!.. - zanuciwszy półgłosem wyrazy ostatnie, rzekł starzejący się kawaler, i prowadząc za sobą przybysza, puścił się naprzód.
Ostrożnie, z wolna, dwaj panowie posuwać się zaczęli. Czynność to zaś niełatwą była. Prócz obawy niezręcznego potrącenia kogoś z wytwornego, a ścieśnionego grona - musieli oni pozatem lawirować jeszcze bardzo zręcznie pomiędzy długiemi trenami pań... Ładyżyński jednak radził sobie wybornie. Co chwila kłaniał się komuś uprzejmie z daleka, lub witał z bliska, przystawał, rzucał dowcipnych słów parę - rozstępowano się przed nim. Szedł dalej.