- Uf, nous y voilŕ!..- rzucił po niejakim cza­sie towarzyszowi swemu.

- Widzę Romana, jak peroruje, cŕ va sans di­re, o społecznych sprawach... - Och, i pani Ola jest również niedaleko!.. Quelle chance...

I pan Emil, odwróciwszy się, skorzystał z wol­niejszej nieco około siebie przestrzeni, wziął pod ra­mię młodego człowieka i zbliżać się począł wolno, ku otoczonemu kilkoma rozmawiającymi żywo panami, Dzierżymirskiemu. Idąc zaś, podrwiwał z cicha, cytu­jąc dolatujące głośniejsze wyrazy i zdania.

- A co? nie miałem racyi ? słyszy pan ? Cel­ społeczny, - potęga działalności, - punkt kulminacyjny, - przesilenie finansowe - etc. i tak dalej. Jak dowodzi, co? Prawdziwa dystyngowana wieża Babel szumnych frazesów!

Młody człowiek słuchał uważnie, uśmiechając się z lekka, tymczasem zaś jednak znaleźli się obaj tuż koło grupy rozprawiających zapalczywie męż­czyzn.

- Stój, panie hrabio, skromnie, aż ja zatamu­ję, przerwę ten oto rwący potok dyskusyi!.. - odezwał się znów Ładyżyński.

Nie okazało się to jednak potrzebnem. Dzierż­ymirski, bierniej od innych biorący udział w rozmowie, dojrzał już właśnie zbliżającego się pana Emila. Wyciągając przyjaźnie rękę ku niemu, z serdecznością, przemówił:

- Emilu? Jak się masz? cóż tak późno?

Romana z Ładyżyńskim łączyły obecnie stosun­ki przyjaźni szczerej. Dzierżymirski polubił szczerze tego wesołego zawsze, patrzącego na życie trzeźwo bywalca, a przyjaciela rodziny - żony, nie mającego mu przytem za złe - jak wiadomo - postępku ongi z Olą.

- Bynajmniej nie za późno - odrzekł swobodnie zapytany, - od godziny dziś tak rojno, niby u ministra... Dojść do Jego Ekscelencyi nie mogłem... - z ukłonem, dokończył ironicznie.