- A... tak. Rzeczywiście. Żegnają mnie czule, - w tym samym tonie odparł z uśmiechem Dzierżymirski.
- Czy widzisz, Romanie, - ciągnął Ładyżyński - tego młodzieńca w monoklu, z takiem znawstwem dyskretnem oglądającego w tej chwili tors hrabiny P ?
- Widzę i nie znam!.. - zadziwił się Dzierżymirski.
- Co? pas possible!., - zadrwił pan Emil. - Nie znasz swoich gości? O, panie prezesie, wstyd i hańba!.. No, ale nic, wybawię cię z kłopotu i przedstawię ci go. Ja go znam!..
- Jak się nazywa? Il a l'air assez bien!..
- Parbleu, çŕ va sans dire. Potomek znakomitego rodu: hrabia Topola-Topolski - objaśnił Ładyżyński, z ironią.
- No, już "Topola", to pewnie dodatek twój, Emilu - zaśmiał się Roman - ale skądże go wyrwałeś?..
- Przybył z Galicyi, rodem z Księstwa Poznańskiego - zaprosiła go twoja żona. Strzeż się, prezesie, pani prezesowa ma swoich protegowanych!..
- No, nie gawędź, przedstaw mi go, bo biedak się zanudzi, tak czekając - rzekł Roman, i ująwszy ramię przyjaciela, skierował się ku Topolskiemu, idąc zaś, nachylony dyskretnie, szepnął:
- Tylko nie przedstawiaj mi go comte Topolski, bo ja zmuszonym będę wobec drugich uczynić to samo... Przecież to nonsens wierutny tytułować jakiegoś tam Topolskiego hrabią tu u nas, gdzie roi się od autentycznych, historycznych rodów...